WYDZIARANE – o tatuażach i samoakceptacji

Uczę moje dzieci, że każdemu podoba się co innego. Nie wszyscy lubimy to samo, nie każdy będzie przyklaskiwał ich dziełom, stylówkom, wykonom piosenek. Bo nie każdemu musi się podobać. Ja lubię rzodkiewkę, Ty nie lubisz. Proste. No dobra, trochę trudniejsze, kiedy muszę wyjaśnić młodszej że nie je się gili z nosa. Bo to nie jedzenie, nawet jeśli uważa, że pyszne. Wyjaśniam, że babcia niekoniecznie pochwali tatuaż zrobiony markerem, bo ciało z tatuażem babci się nie podoba. Ale ja uważam, że piękny (chociaż już się zastanawiam, jak to się zmyje?). Ta sama babcia przez lata wodziła mnie za nos, kiedy sama chciałam zrobić sobie tatuaż. Bo widzicie, ja lubię tatuaże. Bardzo.Ale nie mam. Najpierw, kiedy skończyłam lat 16, babcia,czyli wtedy jeszcze mama obiecała, że po maturze będę mogła. Ja się mamy zawsze słuchałam. Po maturze zaczęła kręcić, że może lepiej chociaż po licencjacie, a w tym czasie się zastanowię nad wzorem, bo to na całe życie. Po studiach każdy wzór wydawał mi się już niewystarczająco dobry na całe życie. Kiedy po raz kolejny zagadnęłam o tatuaż, usłyszałam, że teraz to niech mi mąż pozwoli i zapłaci za to. To był moment, kiedy dotarło, że babcia, wtedy mama, nie przepada za tatuażami.

 

Tatuaże kupione TU

Jako człowiek wyzuty z własnych opinii, chcę nauczyć moje własne dzieci, że niezależnie od tego, jakie jest moje zdanie na dany temat, mają prawo mieć własne i same wybierać. Ba! Prawo… one mają obowiązek same o sobie decydować, a ja im mogę jedynie doradzić. Póki co, lekcje w skali micro. Bo o życiu to na razie za wcześnie. Ale o samoakceptacji, nigdy nie jest za wcześnie. Żeby się nie wstydziły tego, jakie są i pielęgnowały swoje dziwactwa. Żeby kochały siebie, bo nigdy nie będą się podobały wszystkim, jak leci. Wierzę, że to, w jaki sposób nauczę je myśleć o tym teraz, w przyszłości zaprocentuje większą pewnością siebie w podejmowaniu decyzji. Ale ta teoria potwierdzi się dopiero za jakieś kilkanaście lat. Albo i nie. Taki przemyt metod wychowawczych, podczas malowania tatuaży mazakami po ciele – boki zrywać. Tak wiem, zła matka ze mnie, że pozwalam im gryzdać po sobie. Ale zapewniam Was, że udało mi się zmyć to wszystko… po kilku dniach (przy czym, przez kilka pierwszych, musiałam uważać na nie w kąpieli, i myć ciało wokół nich). Nikt od tego nie ucierpiał, więc po co te nerwy?

5 komentarzy

  1. Jest Moc! Dziewczyny mają potencjał – widzę, że w dziarach kręci je oldschool. 😉

  2. Previdencia complementar …Wonderful story, reckoned we could combine a couple of unrelated information, nevertheless genuinely worth taking a search, whoa did 1 master about Mid East has got far more problerms at the same time …

Zostaw komentarz

Navigate