samo życie

9 Posts Back Home

suche bułki

Powiem szczerze, że wydawało mi się zawsze, że bałagan rośnie wprost proporcjonalnie do ilości posiadanych dzieci. Czysta matematyka. Dwoje dzieci = dwa razy większy bajzel na chacie. Otóż nie. Przypomina to bardziej zaawansowaną matematykę, ponieważ bałagan produkuje się w ilościach nie tyle „do kwadratu”, co do potęgi trzeciej. Jeśli nie więcej. Mnoży się nieustannie. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak. Jakaś znajomość fizyki kwantowej mogłaby może pomóc w zrozumieniu tego zjawiska. Ja osobiście nie ogarniam. Jeszcze bardziej nie ogarniam faktu, że ten cały bajzel robi praktycznie jeden mały człowiek. Alicja ma nadprzyrodzoną wręcz umiejętność, robienia bałaganu w miejscu, w którym my (Lila, Mąż lub ja) przed chwilą skończyliśmy sprzątać. Wiadomo, że każda rzecz ma swoje miejsce. Według logiki Alicji, to miejsce jest na podłodze. Przecież musi mieć pod ręką te wszystkie miśki, klocki, kredki, książeczki, opaski, buty…Wydaje mi się czasami, że ona nie potrafi chodzić po podłodze, na której nie…

randka w Trójmieście

Zaczynaliśmy z Najukochańszym Małżonkiem jako współlokatorzy. Miało to oczywiście swoje bardzo dobre strony, ale jednocześnie odpadał nam etap randkowania. Nie żeby było czego żałować, bo randki kojarzyły mi się we wczesnej młodości głównie ze stresem. Niemniej jednak zdarzało nam się czasem gdzieś wychodzić, kiedy byliśmy parą bezdzietną. Teraz nieczęsto mamy okazję, żeby się wyrwać. Zazwyczaj robimy to na totalnym spontanie, bo jeżeli tylko zaczynamy planować z wyprzedzeniem, zazwyczaj któraś z dziewczynek zaczyna chorować, albo zdarza się jakiś inny kataklizm. W związku z czym, kiedy już przychodzi co do czego, lądujemy w kinie, bo zupełnie nie wiemy, co ze sobą zrobić. Postanowiłam zrobić listę miejsc do których moglibyśmy się udać, żeby po raz kolejny nie wylądować na filmie z Leonardo Di Caprio (chociaż ponoć tym razem faktycznie ma szansę na Oskara). A jako, że Walentynki już w ten weekend, postanowiłam się z Wami podzielić. Taki prezencik ode mnie. Lista dotyczy co…

wielce krępująca prawdziwa historia

Poczęstuję Was historią z zeszłego tygodnia. Wcale nie odgrzewana, a w mojej pamieci nadal żywa. Trochę mi wstyd, ale niech stracę, bo idealnie obrazuje ona naszą sytuację życiową w minionym tygodniu. A był to tydzień wyjęty z życiorysu. Taki o którym dobrze pamietać, kiedy nachodzi nas chęć pomarudzić w czasach dobrobytu. Dzieci zdrowe? Czyli NIE MASZ na co narzekać. Zapamiętaj! Stoję w kolejce w Lidlu. Na szybko wyskoczyłam. Przede mną jeden pan w kolejce i ktoś tam przed nim. Stoję, czekam. Pan się coś dziwnie ogląda, zerka na mnie co chwila. Szuka czegoś. Nie, nie szuka, węszy jakby. Że co? Węszę i ja. Nic nie czuję. Patrzę na panią na kasie. Pani chowa nos pod firmowym polarem, próbując tam odświeżyć swoją prywatną atmosferę. Coś im ewidentnie śmierdzi. Czemu ja tego nie czuję? Dobra, węszę raz jeszcze. Tym razem dyskretnie uwzględniam również własną osobę. A nuż… I w tym momencie…

piękne śniadania wymalowanych ludzi, czyli nauka płynąca z instagrama

Rzeczywistość w internecie jest wyjątkowo malownicza. Dzieci skaczą w białej pościeli, twarze nie mają niedoskonałości, wszyscy chodzą na fitnes i jedzą jarmuż. W dziecięcych pokojach panuje porządek, wszyscy chodzą w ubraniach od młodych, polskich projektantów, a po mieście jeżdżą na rowerze. Jakiś czeski film normalnie. Nie ma tam bałaganu, pstrokacizny i ubranek z promocji w Lidlu. Najfajniej widać to oderwanie od rzeczywistości na zdjęciach śniadań. Na stole nie ma ani jednego okruszka, mimo, że cała rodzina je świeże bułki, wszyscy smarują kanapki specjalnym nożykiem do masła, a wzorek na piance z latte układa się w idealne serduszko. No i rzecz jasna są świeże truskawki i pankejki. Tak się człowiek naogląda i myśli, że te blogery to faktycznie tak żyją, mieszkają i jedzą i strasznie się spina. Ja też się spinałam, bo kto by tak nie chciał? Jeszcze mogłyby się ubrania same prasować i byłby raj. Miło się na to wszystko…

slowblogging

Ponoć na dobre rzeczy trzeba czekać. Do tej puli można śmiało dorzucić kolejny odcinek Gry o Tron, urlop, czy też posty na ulubionych blogach. Mam ich kilka. Przez to, że czytam, zachciało mi się pisać własny. Przez to, że piszę, przestało mi się chcieć czytać coponiektóre. Nie, że raptem się zrobiłam jakaś „ą-ę”. Po prostu przez to, że czytam ich coraz więcej, zaczyna mi brakować czasu na czytanie wszystkiego. Ja też chcę być czytana. I zawsze, kiedy ktoś czyta, czuję, że warto, a kiedy ktoś komentuje, czuję nawet bardziej. Zawsze kiedy ktoś polubi tego małego blogaska na fejsbuku, czuję motylki w brzuchu. Dla mnie każda „cyferka”, to osoba, która klepie mnie po pleckach i mówi „fajny blog”. Niczego nie udaję i tego samego szukam na innych blogach. Blog pozwala mi się na chwilę wyłączyć. Nie myśleć, co na obiad, czy już czas zmienić pieluchę. Kiedy piszę, relaksuję się.. Sami widzicie…

10 złotych rad dla kobiety po trzydziestce

źródło Raz w życiu przeczytałam coś w Cosmo i był to artykuł opatrzony pierdyliardem zdjęć gwiazd w odpowiednim wieku, o tym, że kobieta pełnię swej kobiecości osiąga nie kiedy indziej, jak w wieku trzydziestu dwóch lat. Pomyślałam wtedy, będąc dwudziestoparoletnią dziołchą, że spoko, że jeszcze mam sporo czasu, żeby dorosnąć i rozwinąć się w obszarach, które wymagają rozwinięcia, aby owa pełnia, pełnią się stała. Że to ekstra, bo nim osiągnę ten wiek, będę już ogarnietą kobietą sukcesu, która wszystko o życiu wie i sama sobie jest kapitanem, sterem i okrętem. Ten czas, który tak naiwnie myślałam, że posiadam na samodoskonalenie się, właśnie upłynął i wychodzi na to, że teraz to już mam z moją kobiecością z górki. Osiągnęłam magicze 32 lata, a szczyt mojej kobiecości boleśnie dźga mnie w tyłek. Nigdy sobie siebie starszej nie wyobrażałam. Dotarłam do granic fantazji. Dalej to już okręty spadają w przepaść. Kiepsko u mnie…

słowotwory

Są momenty, kiedy przydałby się słownik do zrozumienia małego człowieka. Zdarzało się nam obojgu zgadywać przez parę minut, co nasza córka ma na myśli, do tego stopnia, że ona sama powoli traciła do nas cierpliwość, kiedy w końcu okazywało się, że chodzi o jakiegoś rekina, bałwana, czy inne nowe słowo, do którego nie zdąrzyliśmy się jeszcze przyzwyczaić. Poprawiamy ją przy tym zawsze i powoli nowe słowa wychodzą coraz lepiej. Założę się, że za jakiś będzie nam brakować tych jej słowotworów, kiedy już zacznie mówić miodkowopoprawną polszczyzną. Na pamiątkę tego pięknego okresu spisałam kilka Lilusiowych słówek. Żałuję tylko, że robię to tak późno, bo kilka miesięcy temu lista byłaby dłuższa i zawierałaby kwiatki, o których dziś już nie pamiętam. teby – nie wiadomo, co do końca znaczy, Lila upycha tego krzaka w każdym zdaniu, zamiast innych słów, albo w charakterze przecinka. coraz rzadziej, im pewniej gadararańca – niby pomarańcza, ale coś…

o mamo!

Magiczne zaklęcia to bajki. Żadnym abrakadabra, czy innym vingardium leviosa nic nie wskurasz. Choć czarodziejskie słówka takie, jak dziękuję, proszę i przepraszam potrafią zaczarować dzień lub nawet odmienić człowieczy los, to istnieje słowo, które ma dużo większą moc. Słowem tym jeden człowiek, potrafi drugiego człowieka rozbawić, rozbroić i zmusić do niemal wszystkiego. To słowo, to „mama”. Człowiek czeka na pierwsze świadome słowo dziecka chyba równie niecierpliwie, co na pierwszy krok. Cierpliwie czeka, bo dziecię dojrzewa do mówienia wolno. Trzyma nas w niepewności. Każe obstawiać. Co będzie pierwsze? Mama, czy tata? W końcu się człowiek się doczekuje. Jeden i drugi. Łzy wzruszenia, brawo, hurra. Przez pierwsze kilka tygodni żyjemy w słodkiej nieświadomości. A potem, kiedy emocje opadną, uświadamiamy sobie, że zostaliśmy niewolnikami tego jednego krótkiego słówka. Warto nadmienić, że tatusiowie niewolnikami jakoś nie zostają. Zasada dotyczy tylko kobiet. Jeśli jesteś matką, wiesz o czym mówię. Kiedy wyrwana ze snu usłyszysz „mamo!”…

serce bez limitu objętości

Kiedy byłam w ciąży z Alą, zastanawiałam się czasem, jak podzielę tą miłość, którą czuję do Lili na dwoje dzieci? Bo skoro Lilę kocham całym sercem, to teraz trzeba będzie w tym sercu, zmieścić jeszcze jednego człowieka. (Najdroższy Małżonek myślał w tym samym czasie nad aspektami praktycznymi, np. o tym, jak nas wyżywi i gdzie się pomieścimy – dziecko samo w sobie zajmuje, co prawda mało miejsca, ale już cały osprzęt do dziecka, to ze dwa wozy gratów. zresztą kto ma, ten wie – a ja z kolei myślałam o pierdołach). Jako jedno z trójki dzieci, nigdy nie wierzyłam, że można kochać wszystkie dzieci tak samo. No bo jak? Człowiek w wieku 6ciu lat myślał, że coś tam wie o miłości. A jednak. Jednak można. W ogóle cudowna sprawa z tą rodzicielską miłością. Bo okazuje się, że nic nie trzeba w sobie dzielić. Nie, że serce na dwoje. Nie, że…

Navigate