robótkiręczne

6 Posts Back Home

grzechotnikonda czyli ciemno, pada i do wiosny daleko

Od dwóch tygodni jesteśmy uwięzione w domu. Wszystkie trzy. Mąż się trzymie. Sromota. Choróbsko nie odpuszcza. Samotność i gile, moi mili. Z nudów planuję przemeblunki, przeorganizowuję szafy, zamawiam druty i włóczkę, czytam książki (dobra, KSIĄŻKĘ…) i ogólnie przeżywam codziennie Dzień Świstaka, umierając na katar. Czarne wizje mnie nachodzą ilekroć uświadamiam sobie, ile czasu zostało do wiosny, bo w moich czarnych wizjach będziemy zdychać na katar do marca! z drugiej jednak strony, fakt, że dni zlewają mi się w jedno, ma jedną ogromną zaletę! To już połowa listopada i czas już wstawiać piernik na Święta! Yay! Z nudów wzięłam się za zaległe robótki ręczne. Jeżeli tak jak ja. macie tony kolorowych skarpetek bez pary, bądź bez palca, czy pięty, możecie zrobić dzieciom węża. Albo inne zwierze. Lilka przez ostatnie kilka dni ciągle chce się bawić „w czarne ludzie”. Nie wiem skąd pomysł. Myślałam, że wąż się wpisze w krajobraz, ale okazało…

Intensywne Dłubanie Dyni

Po raz kolejny uderzyła mnie wspaniała celowość pisania bloga. Poza oczywistym fejmem (żart, nie ma żadnego fejmu), mam wspaniałą pamiątkę. Dawno temu przestałam pisać papierowy pamiętnik, blog jest wspaniałym substytutem. Przypomniałam sobie dzięki niemu imię naszej zeszłorocznej, pierwszej w historii rodzinnej dyni. Gdybym tego tutaj nie zarejestrowała, zostałoby zapomniane na wieki. Ważne, żeby dynia miała imię. Wręcz najważniejsze. Po drugie musi być ładnie wystrugana. Najukochańszy Małżonek jest już specem, mimo, że to jego druga. Tegoroczna ma na imię Polska. Nie wiadomo dlaczego w sumie. Imiona dyniom nadaje u nas Lila. Nie drążymy. To znaczy, Najukochańszy Mąż drąży jedynie dynię, ja pstrykam foty. Ala narazie głównie przeszkadza i próbuje zajumać ze stołu ostro zakończone przedmioty. Pytaliśmy raz czy dwa, ale Lila uważa, że tak jest fajnie, więc zostało. Poznajcie się. Jeżeli Polska miałaby twarz, to wyglądałaby ona tak. Pogodna, acz głupawa.

robótki ręczne – pomponowy łańcuch

Powoli budzę się z letargu zimowo-laktacyjnego. Powoli kończę to, co zaczęłam. Jest tego długa lista. Trochę jeszcze czasami mi się nie chce, trochę szukam wymówek, ale idą zmiany i czas w końcu strzepnąć kurz z ramion i zacząć robić rzeczy! Bo skoro wszystko wokół budzi się do życia i zmienia, to i ja muszę. Postęp i zmiany to siła, której nie da się pokonać. Żywioł. Zmiana to moja ulubiona siła natury. Trzeba nam zmian. Lubię zetpety. Lubię robić rzeczy. Lubię, jak coś umyślonego osiąga realny kształt, choćby po drodze zniekształciła go nieco rzeczywistość i brak umiejętności. Myśl staje się ciałem. Na przykład poduszką, maskotką, elementem wystroju. Za dwa tygodnie pomyślę, że brzydkie i wyrzucę, ale na razie czuję dumę i mogę wszystko. I chcę lepić, szyć, malować i wymyślać. Miłego poniedziałku!

dynia

Lubię rodzinne tradycje. A takie, które wymagają wspólnego klecenia czegokolwiek i upaprania się czymś po pachy, lubię najbardziej. Mamy z najukochańszym mężem tradycję robienia pierników na Święta od 2009 roku (ah..co za staż..), w planach mamy pomysł na robienie co roku ozdób na choinkę, ale dłubanie w dyni jest tak śmieszne już z samego założenia, że chyba i z tego zrobimy tradycję. Oto nr jeden. Poznajcie Franka. Miłą dynię ( koncepcja strasznej dyni odpada, bo czemu ma nas coś straszyć przez okno?), jak go nazywa Lila. Ot takie tam zajęcie na jesienny wieczór, jeśli macie dynię pod reką. A jeśli chodzi o element kulinarny (bo wszak dynię się również spożywa), to odsyłam do najzajebistszego ciasta dyniowego na świecie.

moja odskocznia – gary

Wyobrażałam sobie, że będzie jak w filmie „Uwierz w ducha”. Po kilku zajęciach kupię sobie koło i będę sama wypalać moje dzieła. A mój mąż wieczorami będzie się zakradał do mnie i będziemy razem miziać tą glinę… Okazało się, że to nie takie hop siup. Kiedy pierwszy raz toczyłam cokolwiek ( kieliszki na jajka.. uuu, jazzy co nie?), mało nie umarłam ze śmiechu, nie mogąc uwierzyć we własny brak koordynacji. ( O innych moich wadach obnażonych przez te zajęcia wspomniałam tu). I gdyby nawet w tle leciała ta muzyka, nie usłyszałabym, bo koło robi zarąbiście dużo hałasu. Młody Patrick Swayze też się nie zjawił… Mimo to, pokochałam zajęcia garncarstwa i mam nadzieję, że wrócę na nie wkrótce po porodzie. Każdy powinien mieć coś, co pozwala mu odpocząć od rzeczywistości. Robienie na drutach, joga, malowanie, bieganie, pisanie bloga… coś, co sprawia, że możemy na chwilę przestać być żonami, matkami, kobietami pracującymi.…

diy – robótki ręczne, czyli pimp my pillow

Od dłuższego czasu planuję przerobić kilka rzeczy, które mi się opatrzyły lub zwyczajnie się zniszczyły, a szkoda mi je wyrzucać. Mam na przykład, po wiosennych porządkach w szafie, górę skarpetek w odjazdowych kolorach, które nie nadają się już do noszenia. Górę. Czy ktoś jeszcze ceruje skarpety? Planuje zrobić z nich maskotkę dla Lili. A dziś mam dla Was przerobioną na szybce poduszkę. Szyłam wszystko ręcznie, bo nadal boję się maszyny do szycia, którą mąż najdroższy sprezentował mi na wiosnę. Cały czas obiecuję sobie zresztą, że się niedługo zaprzyjaźnimy (z maszyną, nie z mężem. z mężem żyjemy w przyjaźni.). Nie przedłużając, przedstawiam Panią Księżycową. Jestem ostatnio w twórczym nastroju, więc produkty mej twórczości będziecie mogli podziwiać wkrótce. Buziaki.

Navigate