matkapolka

9 Posts Back Home

czy ja widzę podwójnie?

Kiedy mówiłam znajomym i rodzinie, że odwiedzi mnie przyjaciółka z bliźniakami, kwitowali to krótkim „Oj..” Jakby miały ze sobą przywieźć gniazdo os w walizce, czy coś. Troche się obawialam, co to będzie. Bo wiecie. Bliźniaki mają ukryte moce, komunikują się bez słów, mają jaźń zbiorową, przenoszą meble siłą woli. Wiadomo. Tymczasem okazało się, że bliżniaki to bardziej dar z niebios niż skaranie, bo można je idealnie zsynchronizować, przez co mniej z nimi czasem roboty niż z dwójką dzieci w różnym wieku. Owszem wyłapać je na plaży jest trudno, pomnóż dwulatka razy dwa, zwłaszcza kiedy rozbiegają się w dwóch różnych kierunkach. Myślę, że za rok ich mama będzie mogła spokojnie usiąść na piasku i w spokoju patrzeć, jak się razem bawią. Nie będzie musiała przynajmniej siadać obok podejrzanych ludzi, tylko dlatego, że też mają dziecko, żeby tylko jej miało się z kim bawić ( trzyletnia Lilka miała ciągły głód zabawy z…

double the joy

Miał być milion postów o przyjaźni, bliżniętach i spacerach po Gdańsku, tymczasem okazało się, że mimo iż są chęci i materiał dowodowy w postaci milionów zdjęć, zwyczajnie brak mi sił na realizację, gdyż czwórka dzieci, to dwa razy więcej niż dwoje i mimo, że my też jesteśmy dwie, to jest nas jakoś dziwnie za mało. Ale od początku. Moja najlepsiejsza w świecie przyjaciółka Marta przyjechała do mnie na wakacje. Ze swoimi niespełna dwuletnimi córeczkami. Czekałam miesiącami na tą wizytę, bo ostani raz widziałyśmy się, kiedy była jeszcze w ciąży. Tęsknota jak stąd na księżyc. Trochę było znaków zapytania, bo samotna podróż z dwójką dzieci przez pół Polski to nie jest takie hopsiup, przy dzieciach, które ruchu potrzebują chyba bardziej niż snu, ale przyjechały. Nie mogło być inaczej niż zarąbiście! A dziś już ostani dzień. Dziwnie szybko to zminęło. Powinno być drugie tyle. Moje dziewczyny kochają jej dziewczyny i byłoby cudownie…

będę łysa, taki mój matczyny los

źródło zdjęcia Widziałam ostatnio kobietkę we Wrzeszczu, miała długie kasztanowe włosy, sięgające pupy. Moje włosy. To znaczy nie moje, ale moje wymarzone. Bo niestety nigdy nie miałam takich „osiągów”. Długie włosy mają długą listę wad i jedną kolosalną zaletę – są mega kobiece. Przynajmniej moim zdaniem. Taaaa…(wzdech) Och, jakże nam matkom ciężko być przy okazji kobietami. Och jakże często ratować się musimy suchym szaponem, bo „cholera, zapomniałam umyć” tuż przed wyjściem. Chociaż może to tylko ja tak nie ogarniam. Kiedy moja Lila miała pół roku, ściełam włosy na krótko. Mówią, że kiedy kobieta drastycznie zmienia fryzurę, to wiąże się to ze zmianami w jej życiu. U mnie nie. U mnie takie decyzje zapadają pod wpływem nagłych emocji. Zazdroszczę dziewczynom, które latami chodzą w jednej fryzurze. To się wiąże chyba z jakimś wewnętrznym spokojem ducha i niezachwianą pewnością siebie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Kiedy więc zdecydowałam obciąć moje wcalejeszczeniedopasasięgające pukle,…

piękne śniadania wymalowanych ludzi, czyli nauka płynąca z instagrama

Rzeczywistość w internecie jest wyjątkowo malownicza. Dzieci skaczą w białej pościeli, twarze nie mają niedoskonałości, wszyscy chodzą na fitnes i jedzą jarmuż. W dziecięcych pokojach panuje porządek, wszyscy chodzą w ubraniach od młodych, polskich projektantów, a po mieście jeżdżą na rowerze. Jakiś czeski film normalnie. Nie ma tam bałaganu, pstrokacizny i ubranek z promocji w Lidlu. Najfajniej widać to oderwanie od rzeczywistości na zdjęciach śniadań. Na stole nie ma ani jednego okruszka, mimo, że cała rodzina je świeże bułki, wszyscy smarują kanapki specjalnym nożykiem do masła, a wzorek na piance z latte układa się w idealne serduszko. No i rzecz jasna są świeże truskawki i pankejki. Tak się człowiek naogląda i myśli, że te blogery to faktycznie tak żyją, mieszkają i jedzą i strasznie się spina. Ja też się spinałam, bo kto by tak nie chciał? Jeszcze mogłyby się ubrania same prasować i byłby raj. Miło się na to wszystko…

10 złotych rad dla kobiety po trzydziestce

źródło Raz w życiu przeczytałam coś w Cosmo i był to artykuł opatrzony pierdyliardem zdjęć gwiazd w odpowiednim wieku, o tym, że kobieta pełnię swej kobiecości osiąga nie kiedy indziej, jak w wieku trzydziestu dwóch lat. Pomyślałam wtedy, będąc dwudziestoparoletnią dziołchą, że spoko, że jeszcze mam sporo czasu, żeby dorosnąć i rozwinąć się w obszarach, które wymagają rozwinięcia, aby owa pełnia, pełnią się stała. Że to ekstra, bo nim osiągnę ten wiek, będę już ogarnietą kobietą sukcesu, która wszystko o życiu wie i sama sobie jest kapitanem, sterem i okrętem. Ten czas, który tak naiwnie myślałam, że posiadam na samodoskonalenie się, właśnie upłynął i wychodzi na to, że teraz to już mam z moją kobiecością z górki. Osiągnęłam magicze 32 lata, a szczyt mojej kobiecości boleśnie dźga mnie w tyłek. Nigdy sobie siebie starszej nie wyobrażałam. Dotarłam do granic fantazji. Dalej to już okręty spadają w przepaść. Kiepsko u mnie…

tu i teraz

Staram się być tu i teraz. Nie włączać laptopa, jeśli nie ma potrzeby. Nie zaglądać na Instagrama za każdym razem, kiedy sprawdzam godzinę na telefonie. Staram się słyszeć każde słowo i reagować na każde „Mamo, chodź”. Udaje mi się przez większość czasu. Chcę być obecna dla moich dzieci. Ile czasu z czasu spędzonego z dziećmi w domu naprawdę spędzamy Z NIMI? Na ile procent jesteśmy obecni duchem? Zawsze coś rozprasza. Tu sprawdzisz pocztę, tu fejsa. Szybki telefon, mejlik. Na jaki obraz Ciebie się to składa? Za którym razem Twoje dziecko w końcu przestanie zapraszać Cię do zabawy? Bo w końcu przestanie. Chcę bawić się więcej z Lilą, chcę miziać się więcej z Alą i zapamiętywać te jej małe mięciutkie uśmiechy. Jakież one cudowne te moje dziewczyny. Ala jest najbardziej pogodnym bobasem świata i czekam, aż zamiast robić kółka na dywanie, obierze w końcu kierunek i ruszy przed siebie. Lila z…

o mamo!

Magiczne zaklęcia to bajki. Żadnym abrakadabra, czy innym vingardium leviosa nic nie wskurasz. Choć czarodziejskie słówka takie, jak dziękuję, proszę i przepraszam potrafią zaczarować dzień lub nawet odmienić człowieczy los, to istnieje słowo, które ma dużo większą moc. Słowem tym jeden człowiek, potrafi drugiego człowieka rozbawić, rozbroić i zmusić do niemal wszystkiego. To słowo, to „mama”. Człowiek czeka na pierwsze świadome słowo dziecka chyba równie niecierpliwie, co na pierwszy krok. Cierpliwie czeka, bo dziecię dojrzewa do mówienia wolno. Trzyma nas w niepewności. Każe obstawiać. Co będzie pierwsze? Mama, czy tata? W końcu się człowiek się doczekuje. Jeden i drugi. Łzy wzruszenia, brawo, hurra. Przez pierwsze kilka tygodni żyjemy w słodkiej nieświadomości. A potem, kiedy emocje opadną, uświadamiamy sobie, że zostaliśmy niewolnikami tego jednego krótkiego słówka. Warto nadmienić, że tatusiowie niewolnikami jakoś nie zostają. Zasada dotyczy tylko kobiet. Jeśli jesteś matką, wiesz o czym mówię. Kiedy wyrwana ze snu usłyszysz „mamo!”…

serce bez limitu objętości

Kiedy byłam w ciąży z Alą, zastanawiałam się czasem, jak podzielę tą miłość, którą czuję do Lili na dwoje dzieci? Bo skoro Lilę kocham całym sercem, to teraz trzeba będzie w tym sercu, zmieścić jeszcze jednego człowieka. (Najdroższy Małżonek myślał w tym samym czasie nad aspektami praktycznymi, np. o tym, jak nas wyżywi i gdzie się pomieścimy – dziecko samo w sobie zajmuje, co prawda mało miejsca, ale już cały osprzęt do dziecka, to ze dwa wozy gratów. zresztą kto ma, ten wie – a ja z kolei myślałam o pierdołach). Jako jedno z trójki dzieci, nigdy nie wierzyłam, że można kochać wszystkie dzieci tak samo. No bo jak? Człowiek w wieku 6ciu lat myślał, że coś tam wie o miłości. A jednak. Jednak można. W ogóle cudowna sprawa z tą rodzicielską miłością. Bo okazuje się, że nic nie trzeba w sobie dzielić. Nie, że serce na dwoje. Nie, że…

kominiarz

Do Was też puka co roku kominiarz? Do nas zapukał kilka dni temu, przyniósł kalendarz za „cołaska” i życzenia zdrowia i szczęścia w pakiecie. I wszystko by było normalnie, gdyby nie to jak wyglądał. A wyglądał jak Fez z That ’70s Show. Czyli sympatycznie. Tylko sadzą umorusany, przez co biel jego zębów olśniewała ciut bardziej. I trochę nie wiem o co chodzi…Do rzeczy. Pamiętam, jak za gówniarza wierzyłam, że trzeba się złapać za guzik przy spotkaniu z kominiarzem, żeby zapewnić sobie farta w życiu. Jeszcze więcej szczęścia miało przynieść dotknięcie jegomościa. Raz nawet z kuzynką poszłyśmy się jednego zapytać, czy możemy go dotknąć na szczęście. Zgodził się z uśmiechem, prezentując brak jedynek i dwójek. Pachniał sadzą, smołą i alkoholem. Już nigdy więcej nie miałam ochoty w ten sposób pomagać szczęściu. Zwłaszcza, że oni umazani tą sadzą wyglądają wszyscy tak samo. Nie zachęcają do macania. stąd Wychodzę ostatnio z mieszkania, taszcząc…

Navigate