10 rzeczy, o których warto pamiętać, wychowując córkę

Jeżeli chodzi o wychowywanie chłopców, nie wiem nic. Nawet pieluchy nie potrafiłabym zmienić. Z wychowywaniem dzieci jest jednak – całe szczęście – tak, że człowiek uczy się tego fachu w trakcie, na żywym organiźmie. Więc może jest dla mnie jeszcze nadzieja. Idąc jednak tym samym tropem, mogę stwierdzić nieskromnie, że trochę znam się na wychowywaniu dziewczynek. Mam wyjątkowe szczęście – mam dwie córki. To, plus kilkuletni staż dają mi status PRO. Znajoma, która ma kilkuletniego synka, ma na wiosnę urodzić dziewczynkę i zastanawia się, czy da radę, bo nie ma pojęcia, jak się zabrać do wychowywania dziewczynki. Poza oczywistą odpowiedzią, że robi się to dokładnie tak samo, jak przy wychowywaniu chłopca, pragnę dodać kilka punktów, które podsumowałyby, z czym dokładnie ma do czynienia człowiek, kiedy zostaje rodzicem córki. 1. DZIEWCZYNKA MOŻE BYĆ KIM TYLKO CHCE Nie jest to popularna opinia, ale uważam, że kobiety mają w życiu łatwiej. A jeżeli…

MÓJ OGRÓDEK

Home sweet home. Mam mieszkanie, bez ogródka, ani nawet balkonu. W praktyce, bo w teorii balkon jest, ale bynajmniej nie zasługuje on na swoją szlachetną nazwę. Na balkonie powinny się mieścić co najmniej dwie osoby. Powinien być na to paragraf w prawie budowlanym. Tymczasem mój balkon jest stworzony dla samotnika, który lubi kontemplować zieleń za oknem w pojedynkę, albo dla palacza, który kilka razy dziennie potrzebuje sobie zaszlugać, ale raczej nie w domu. Albo dla piętrowej suszarki na pranie, bo raczej nie dla takiej, co się rozkłada „na samolot”. Mój balkon na pewno nie jest stworzony dla rodziny z dwójką małych dzieci. Tyle zdążyłam przez te pięć lat ustalić. Ogródka też nie mam. Mam za to plażę, 10minut spacerkiem od domu. Taki środek zastępczy dla przydomowego ogrodu, no i z deko dalej, ale zdecydowanie daje radę. Szum fal pomaga ukoić nerwy i uporządkować myśli. Można się odmóżdżyć, zbierając bursztyny, czy…

najlepsze brownie na świecie

Mam coś dla Was. Potraktujcie to jako prezent przeprosinowy… Dawno nic nie pojawiło się na blogu. Czas leci niesamowicie szybko, dzieci rosną, pory roku się zmieniają. Chciałabym mieć więcej czasu na pisanie, pieczenie, lepienie talerzy, malowanie paznokci…. pranie. Takie tam, drobne przyjemności. Wracając do prezentu. Łączę przyjemne z pożytecznym, ponieważ kilka znajomych prosiło mnie o przepis, więc ku ogólnej korzyści postanowiłam wrzucić go właśnie tu. Oto przepis na najlepsze brownie na świecie. Serio. Mówiłam Wam kiedyś, że nie lubię zbyt wielu komplikacji w kuchni. Minimum wkładu – maximum efektu, to moje hasło przewodnie. Nic mi tak dobrze w życiu nie wychodzi, jak to ciasto. A dobrem trzeba się dzielić. Miałam napisać, że zawsze wychodzi, ale ostatnio znajomej, której podałam przepis, wyszedł z tego przepisu czekoladowy biszkopt. Jednakowoż potraktuję ten przypadek, jako wyjątek potwierdzający regułę 🙂 Let’s go! BROWNIE CIOCI AGI: Rozpuść kostkę masła i 1,5 tabliczki gorzkiej czekolady razem (…

slowblogging

Ponoć na dobre rzeczy trzeba czekać. Do tej puli można śmiało dorzucić kolejny odcinek Gry o Tron, urlop, czy też posty na ulubionych blogach. Mam ich kilka. Przez to, że czytam, zachciało mi się pisać własny. Przez to, że piszę, przestało mi się chcieć czytać coponiektóre. Nie, że raptem się zrobiłam jakaś „ą-ę”. Po prostu przez to, że czytam ich coraz więcej, zaczyna mi brakować czasu na czytanie wszystkiego. Ja też chcę być czytana. I zawsze, kiedy ktoś czyta, czuję, że warto, a kiedy ktoś komentuje, czuję nawet bardziej. Zawsze kiedy ktoś polubi tego małego blogaska na fejsbuku, czuję motylki w brzuchu. Dla mnie każda „cyferka”, to osoba, która klepie mnie po pleckach i mówi „fajny blog”. Niczego nie udaję i tego samego szukam na innych blogach. Blog pozwala mi się na chwilę wyłączyć. Nie myśleć, co na obiad, czy już czas zmienić pieluchę. Kiedy piszę, relaksuję się.. Sami widzicie…

czemu nie pokazuję twarzy moich dzieci

Wspominałam kiedyś, że nie zamierzam pokazywać tu twarzy moich dzieci, choć zdjęć fragmentarycznych znajdziecie tu całą masę. Okazuje się, że ludzie czują przez to potrzebę wytłumaczenia się mi, dlaczego sami wstawiają zdjęcia dzieci na bloga, czy instagrama. Postanowiłam się troszkę wytłumaczyć. Bo aż się sama siebie wystraszyłam. Nie jestem przeciwniczką zdjęć dzieciaków w necie. Wręcz przeciwnie. Ja uwielbiam zdjęcia dzieci. Na blogach, w memach, filmiki na jutubie. Wszędzie. Bo dzieci są przeurocze. Daleka jestem od oceniania, czy wstawianie zdjęć własnych dzieci na bloga, czy fejsa, czy gdziekolwiek indziej jest dobrym, czy złym pomysłem. No chyba, że są to zdjęcia małych golasków, albo dzieci na nocnikach. Bo nie chciałabym, żeby takie zdjęcia mnie samej z dzieciństwa krążyły po internetach. Kwestia szacunku. W moim przypadku jest to kwestia chęci ochrony prywatności moich dzieci, co nie znaczy, że kiedy wstawiamy zdjęcie twarzy naszego dziecka na bloga, automatycznie z prywatności je odzieramy, czy też…

Navigate