PODRÓŻE

Vernazza

‚Hej Aga! Weź w końcu napisz coś jeszcze o tej waszej wycieczce, bo czekamy w napięciu, żeby zobaczyć, co tam jeszcze widzieliście.’ Spoko, loko, już nadrabiam, bo jest niedziela i miło poudawać, że jeszcze lato się nie skończyło, skoro na dworze świeci słonko. Bo u mnie świeci. Gorzej, jeżeli człowiek da się zwieść tym złocistym promieniom i wyjdzie bez kurtki, szala i czapki, wtedy szybko się orientuje, że lato, to tylko odległe wspomnienie z przed dwóch tygodni. Wspomniałam Wam w poprzednim poście, że przez Cinque Terre przewinęła się w trakcie naszej wizyty przynajmniej połowa populacji USA. Szacuję na oko, bo w pewnym momencie już pierwszego dni przestałam ich liczyć. Pomijając ujmującą urodę wszystkich pięciu miasteczek, bo one są po prostu śliczne – kolorowe, słoneczne, z drzewami uginającymi się pod ciężarem kiwi, cytryn, czy innych granatów i  malowniczo powiewającym praniem suszącym się w oknach – więc pomijając to wszystko, to naprawdę…

Levanto, rzut beretem od Cinque Terre

Mieliśmy parę lat temu z Najukochańszym Małżonkiem taką szaloną przygodę, że pojechaliśmy sobie na wakacje do Włoch. Do było za czasów przed smartfonami, więc w innej epoce. Pojechaliśmy bez bookowania noclegów, bez nawigacji, bez planu podróży. Tylko my, atlas drogowy Europy, namiot i pożyczone od mojej mamy Clio. Totalne yolo! Znajomy polecił nam kilka fajnych miejsc do odwiedzenia we Włoszech i sprawdzaliśmy tylko na mapie, które z nich mamy po drodze, bo plan był taki, że objedziemy cały but. Mieliśmy kilka tygodni i nie mieliśmy wtedy dzieci. To były wakacje życia. W tym roku, w końcu wszystkie nasze dzieci są odpieluchowane i na tyle duże i łatwe w obsłudze, że postanowiliśmy pojechać na rodzinne wakacje. No wiecie, żeby trochę wygrzać się w słoneczku, skoro całe lato nad Bałtykiem lało. Ja wiem, że może frajerzy z nas, że nie wybraliśmy się na rodzinne wakacje wcześniej. Pewnie, że można jeździć z mniejszymi…

W LESIE

Zderzyłam się w tym tygodniu boleśnie z rzeczywistością. Było to w czwartek. W czwartek skończył się mianowicie mój urlop. Kończenie urlopu w środku tygodnia jest podwójnie bolesne. Że nie wspomnę o deszczu. Mieliśmy w tym roku czerwcopad, kiedy wszyscy mieli nadzieję na słoneczny lipiec. Teraz trwa lipcopad i już wiemy, że jesteśmy bandą frajerów. Wy ludzie południa, nie macie pojęcia o czym ja mówię, a chodzi mi o to, że wiosenne zimno zdało się zamienić u nas na północy Polski w strugi deszczu, to było gdzieś w maju, zaraz po tym, jak po raz ostatni spadł śnieg. Przypuszczalnie taki stan rzeczy utrzyma się do listopada. Nie ma już nadziei. Chociaż na dworze świeci w tej chwili słońce, więc może weekend nie będzie do końca stracony. Tęsknimy tu bardzo za witaminą D. Zostawiam Was ze zdjęciami z naszego wypadu do lasu. Uważam, że jestem bardzo sprytna, bo znalazłam nam miejscówkę pół…

MATKA NA GIGANCIE

Zostawiłam dzieci na weekend. Po raz pierwszy od 4 lat. Ale ostatnio średnio się to skończyło, więc nic dziwnego, że miałam lekką traumę. Zacznijmy od tego, że ja się miałam w Poznaniu zamiar trochę przeszkolić, bo ani nie trzymam ręki na pulsie odnośnie blogosfery, ani nie znam blogerów (z wyjątkiem jednej Tekstualnej, ale łączy nas głównie żarcie i tańce latynoamerykańskie, więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy). Ja o dzieciach piszę. W dodatku, żebym jeszcze pisała jakoś ekspertko o wychowaniu, ale nie, ja piszę o konkretnych dwóch sztukach, więc mało kogo oprócz mnie samej może to obchodzić. Oczywiście piszę, o ile akurat nie zasnę. Czyli z rzadka. Wiadomo, że taki ze mnie bloger, jak z koziej dupy pudernica, ale skoro już mi odpisali, że mogę przyjechać, doszłam do wniosku, że te wszystkie wykłady, których posłucham, sprawią, że w końcu nauczę się prowadzić bloga. No cóż, zasadniczo wyszło jak…

Łódź

Parę tygodni temu wybrałyśmy się z Lilą w naszą pierwszą samotną podróż. Trochę strach jechać jakoś daleko, więc padło na Łódź, gdzie odwiedziłyśmy rodzinę. Pociąg do Łodzi z Gdańska jedzie jakieś dwa dni, chyba że akurat nie ma opóźnień.. wtedy jedzie 7 godzin. Cywilizowane państwo w centrum Europy.. Sama Łódź to piękne miasto, secesyjne kamienice piękne, tylko jakoś tak pusto i biedno w każdym zakamarku. Interesy na Piotrkowskiej zamykają się na każdym rogu. Szkoda, jeszcze chwila i z tych pięknych kamienic zostaną kupy kamieni, że się wyrażę obrazowo. Sporo natomiast dzieje się z inicjatywy mieszkańców. My odwiedziłyśmy targ na „off Piotrkowskiej”, który jest maleńką namiastką Londynu w mieście.(Takie już mam zboczenie, że wszędzie widzę Londyn.) Super sprawa! Chcę takie miejsce w Gdańsku. Bez tandety z Chin, za to z pysznymi i „samorobnymi” produktami. Przy okazji Lila zaliczyła pierwszą wizytę na publicznym basenie i była zachwycona. Czyli ogólnie wcale nienudna ta…

Navigate