PODRÓŻE

PIERWSZA WYCIECZKA ALI i moje matczyne paranoje

Przedszkole Psotek jedzie na wycieczkę. I kiedy mówię „przedszkole”, mam na myśli CAŁE przedszkole. Wszystkie grupy. Cały personel. Każdy jeden przedszkolaczek. Alicja pierwszy raz jedzie na wycieczkę bez rodziców. Nie muszę Wam pewnie pisać, że jestem przerażona i najchętniej bym jej nie puściła, ale jak mogłabym jej to zrobić, skoro jadą WSZYSCY. Powiedzieć, że dzieci są podjarane to mało – emocje u nas, jak przed Bożym Narodzeniem, bo jadą do gospodarstwa agroturystycznego i tam będą ZWIERZĄTKA. Alicja pakuje się od poniedziałku. Dodam na marginesie, chociaż zabrzmię, jak rodzicielski fail, że mnie czasami przerastają wycieczki z Psotkami na drugi koniec miasta, więc żywię lekkie obawy. Głównie chodzi o humorki panny Ali właśnie. Niewiele jej trzeba, żeby zrobić szopkę – wystarczy, że jest głodna, albo zmęczona, albo, że pada deszcz i ciśnienie nie sprzyja, albo, że ktoś krzywo na nią spojrzy i nawet najprzyjemniejsza wycieczka kończy się rykiem i tarzaniem po ziemi.…

DHAKA – DRUGA STRONA MEDALU

Wszystko zależy od skali porównawczej. Ktoś, kto zarabia w funtach, nie pojmie, jak jestem w stanie się utrzymać, zarabiając średnią krajową w polskich złotych. Dla mnie oburzające są kwoty, za które szwaczka w fabryce w Bangladeszu musi wyżywić rodzinę. Dla kogoś, kto żyje na ulicy, zarówno ona, jak i ja jesteśmy bogaczkami. Mam w sobie dużo wdzięczności za wszystkie dobrodziejstwa, które zsyła na mnie los. Jestem wdzięczna za zdrowe, wspaniałe córeczki, za mojego wspierającego wspaniałego męża, za dach nad głową, za pracę, która daje mi satysfakcje i niezależność, za to, że mam mieszkanie. Wydawało mi się, że jestem pełna pokory. Jest jednak cała masa rzeczy, które na co dzień przyjmuję za pewnik, bo ich istnienie jest dla mnie tak oczywiste, jak to że oddycham powietrzem. Ciepła woda w kranie, prąd w lodówce, BA! LODÓWKA!, PRALKA! – skoro już o tym mowa (zmywarka już mniej, bo się rozkraczyła ostatnio, więc bywam…

POCZTÓWKI Z BANGLADESZU – KOLOROWA DHAKA

Postanowiłam zrobić dwa wpisy o podróży do Bangladeszu. Nie da się wszystkiego zawrzeć w jednym wpisie. Dhaka w pierwszym odruchu mnie oczarowała i chciałabym, żebyście również zobaczyli, jaka jest piękna. Ale rzeczywistość tam jest inna niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Drugi wpis będzie zatem o drugim obliczu Dhaki.Mężczyźni w Bangladeszu są specyficzni. Widać, że lubią dobrze wyglądać. Chociaż modowo królują późne lata 90te. Na ulicach widać jedynie mężczyzn, kobiety to rzadki widok. Bardzo często mijałyśmy mężczyzn trzymających się za ręce, ale nie miałyśmy okazji ani śmiałości, żeby zapytać czy chodzi o przyjaźń, czy kochanie. Zachwycające są Bangladeskie kobiety. Są czyściutkie, zadbane i kolorowe. Niestety nie widać ich na ulicach. Siedzą w domach z dziećmi, albo pracują w fabrykach. Na zdjęciu powyżej właśnie wychodzą na przerwę obiadową z jednej z fabryk, osobnym wyjściem dla kobiet. Tłumaczono nam, że kobiety traktuje się tam inaczej, ze względu na szacunek jakim się je…

LONDON TRIP 2018

Podróż z dziećmi, nieważne dokąd i na jak długo, trochę przypomina rosyjską ruletkę. Przynajmniej w naszym przypadku. Chodziłam zestresowana przez dwa tygodnie przed wyjazdem, aż w końcu mój mąż zauważył mądrze, że moje martwienie się na zapas nic nie zmieni i jeśli coś ma się wydarzyć i tak tego nie przewidzę. Pomogło, chociaż wspomnienie naszych pechowych włoskich wakacji było w mojej pamięci nadal dość świeże, więc sami rozumiecie mój niepokój… Londyn noszę w sercu. W Londynie zaczęło się moje samodzielne, dorosłe życie. Niby mieszkałam tam tylko cztery lata, ale to były cztery lata, które zmieniły wszystko w moim życiu. Chodząc po londyńskich ulicach, czuje ten sam sentyment, który czuję wchodząc do mojego starego liceum, czy podstawówki. Nawet , kiedy siedzę w moim mieszkaniu w Gdańsku, kiedy słyszę w nocy odgłos ciągniętej po chodniku walizki, zawsze cofam się w czasie na londyńskie ulice. Londyn zawsze już będzie troszkę moim domem. Od…

Vernazza

‚Hej Aga! Weź w końcu napisz coś jeszcze o tej waszej wycieczce, bo czekamy w napięciu, żeby zobaczyć, co tam jeszcze widzieliście.’ Spoko, loko, już nadrabiam, bo jest niedziela i miło poudawać, że jeszcze lato się nie skończyło, skoro na dworze świeci słonko. Bo u mnie świeci. Gorzej, jeżeli człowiek da się zwieść tym złocistym promieniom i wyjdzie bez kurtki, szala i czapki, wtedy szybko się orientuje, że lato, to tylko odległe wspomnienie z przed dwóch tygodni. Wspomniałam Wam w poprzednim poście, że przez Cinque Terre przewinęła się w trakcie naszej wizyty przynajmniej połowa populacji USA. Szacuję na oko, bo w pewnym momencie już pierwszego dni przestałam ich liczyć. Pomijając ujmującą urodę wszystkich pięciu miasteczek, bo one są po prostu śliczne – kolorowe, słoneczne, z drzewami uginającymi się pod ciężarem kiwi, cytryn, czy innych granatów i  malowniczo powiewającym praniem suszącym się w oknach – więc pomijając to wszystko, to naprawdę…

Levanto, rzut beretem od Cinque Terre

Mieliśmy parę lat temu z Najukochańszym Małżonkiem taką szaloną przygodę, że pojechaliśmy sobie na wakacje do Włoch. Do było za czasów przed smartfonami, więc w innej epoce. Pojechaliśmy bez bookowania noclegów, bez nawigacji, bez planu podróży. Tylko my, atlas drogowy Europy, namiot i pożyczone od mojej mamy Clio. Totalne yolo! Znajomy polecił nam kilka fajnych miejsc do odwiedzenia we Włoszech i sprawdzaliśmy tylko na mapie, które z nich mamy po drodze, bo plan był taki, że objedziemy cały but. Mieliśmy kilka tygodni i nie mieliśmy wtedy dzieci. To były wakacje życia. W tym roku, w końcu wszystkie nasze dzieci są odpieluchowane i na tyle duże i łatwe w obsłudze, że postanowiliśmy pojechać na rodzinne wakacje. No wiecie, żeby trochę wygrzać się w słoneczku, skoro całe lato nad Bałtykiem lało. Ja wiem, że może frajerzy z nas, że nie wybraliśmy się na rodzinne wakacje wcześniej. Pewnie, że można jeździć z mniejszymi…

W LESIE

Zderzyłam się w tym tygodniu boleśnie z rzeczywistością. Było to w czwartek. W czwartek skończył się mianowicie mój urlop. Kończenie urlopu w środku tygodnia jest podwójnie bolesne. Że nie wspomnę o deszczu. Mieliśmy w tym roku czerwcopad, kiedy wszyscy mieli nadzieję na słoneczny lipiec. Teraz trwa lipcopad i już wiemy, że jesteśmy bandą frajerów. Wy ludzie południa, nie macie pojęcia o czym ja mówię, a chodzi mi o to, że wiosenne zimno zdało się zamienić u nas na północy Polski w strugi deszczu, to było gdzieś w maju, zaraz po tym, jak po raz ostatni spadł śnieg. Przypuszczalnie taki stan rzeczy utrzyma się do listopada. Nie ma już nadziei. Chociaż na dworze świeci w tej chwili słońce, więc może weekend nie będzie do końca stracony. Tęsknimy tu bardzo za witaminą D. Zostawiam Was ze zdjęciami z naszego wypadu do lasu. Uważam, że jestem bardzo sprytna, bo znalazłam nam miejscówkę pół…

MATKA NA GIGANCIE

Zostawiłam dzieci na weekend. Po raz pierwszy od 4 lat. Ale ostatnio średnio się to skończyło, więc nic dziwnego, że miałam lekką traumę. Zacznijmy od tego, że ja się miałam w Poznaniu zamiar trochę przeszkolić, bo ani nie trzymam ręki na pulsie odnośnie blogosfery, ani nie znam blogerów (z wyjątkiem jednej Tekstualnej, ale łączy nas głównie żarcie i tańce latynoamerykańskie, więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy). Ja o dzieciach piszę. W dodatku, żebym jeszcze pisała jakoś ekspertko o wychowaniu, ale nie, ja piszę o konkretnych dwóch sztukach, więc mało kogo oprócz mnie samej może to obchodzić. Oczywiście piszę, o ile akurat nie zasnę. Czyli z rzadka. Wiadomo, że taki ze mnie bloger, jak z koziej dupy pudernica, ale skoro już mi odpisali, że mogę przyjechać, doszłam do wniosku, że te wszystkie wykłady, których posłucham, sprawią, że w końcu nauczę się prowadzić bloga. No cóż, zasadniczo wyszło jak…

Łódź

Parę tygodni temu wybrałyśmy się z Lilą w naszą pierwszą samotną podróż. Trochę strach jechać jakoś daleko, więc padło na Łódź, gdzie odwiedziłyśmy rodzinę. Pociąg do Łodzi z Gdańska jedzie jakieś dwa dni, chyba że akurat nie ma opóźnień.. wtedy jedzie 7 godzin. Cywilizowane państwo w centrum Europy.. Sama Łódź to piękne miasto, secesyjne kamienice piękne, tylko jakoś tak pusto i biedno w każdym zakamarku. Interesy na Piotrkowskiej zamykają się na każdym rogu. Szkoda, jeszcze chwila i z tych pięknych kamienic zostaną kupy kamieni, że się wyrażę obrazowo. Sporo natomiast dzieje się z inicjatywy mieszkańców. My odwiedziłyśmy targ na „off Piotrkowskiej”, który jest maleńką namiastką Londynu w mieście.(Takie już mam zboczenie, że wszędzie widzę Londyn.) Super sprawa! Chcę takie miejsce w Gdańsku. Bez tandety z Chin, za to z pysznymi i „samorobnymi” produktami. Przy okazji Lila zaliczyła pierwszą wizytę na publicznym basenie i była zachwycona. Czyli ogólnie wcale nienudna ta…

Navigate