JEDZENIE

TARTA CYTRYNOWA

Witajcie! Dziś zapraszam Was na tartę cytrynową! Uczciwie ostrzegam, że to jest kwaśne ciacho i słabo idzie z kawunią. Pasuje za to idealnie do filiżanki herbaty, więc będzie idealne na herbaciane przyjątka o piątej. A jesienią z kubkiem herbaty, kiedy zmarznięte wrócicie do domu będzie, jak kawałek nieba. Dla mnie to ciasto, to jest prawdziwa petarda, choć moja rodzina kręci na nie nosem. Rozumicie – kwaśniuch. Pozostawiam do Waszej oceny. Wszystko zaczyna się od kruchego ciasta i sposobu na wypieczenie z niego miski na to, co do niego wlewamy. A to nie jest takie hop-siup. Przyznam się Wam, bo szczera ze mnie dziewczyna, że ścianki, które ulepiłam tym razem (a były doprawdy piękne, idealnie grube, o równych brzegach..) runęły, jak mury Jerycha. Efekt końcowy,  który widzicie na zdjęciach jest daleki od ideału, ale w cieście chodzi przecież o smak, a ja obiecałam Wam przepis w czwartek, więc proszę o wyrozumiałość.…

PALCE LIZAĆ – BRESNO w Brzeźnie

Co jakiś czas ludzie mnie pytają „Ty, a w tym Brzeźnie, to gdzie można dobrze zjeść?” – że niby ja się rozbijam po knajpach. Nie rozbijam się, bo po pierwsze mam dwójkę dzieci, a po drugie na mieście lubię zjeść coś lepszego niż to, co mogę sobie zrobić w domu. To mocno ogranicza listę miejsc, w których chciałabym płacić za posiłek. O dobry lokal, niestety, najtrudniej nad samym morzem. Ale dobra, jesteście na molo w Brzeżnie i zgłodnieliście. Co teraz? Zazwyczaj doradzałam zabranie na drogę wałówy, albo opcjonalnie odwiedzenie NAS, jeżeli pytał ktoś znajomy. Brzeźno to niestety nie Sopot. Jeszcze. Owszem, znajdziecie dobre gofry (na rogu, przy wejściu z parkingu na końcu Hallera) i dobrą kawę (TYLKO  w Przystanku Kawa – dygresja – o Matko, jak się zdenerwowałam! Ostatnio kupiłam sobie kubek cappuccino na wynos przy rzeczonych gofrach. No, bo nie chciało mi się dygać na drugi koniec plaży po…

3 PYSZNE I PROSTE KOKTAJLE Z PROSECCO, w sam raz na letnią imprezę

Jest piątek, jest czas na prosecco. Dzisiaj mam dla Was prezent. Spodoba się Wam! Trzy banalne przepisy, dzięki którym odświeżycie swój romans z prosecco i pokochacie je na nowo. Genialne przepisy na urozmaicenie wieczoru, posiadówki, grilla czy innej imprezki. Te koktajle są tak banalnie proste, że zrobi je nawet mało utalentowana kulinarnie pani domu i chociaż talentu do polewania nie trzeba mieć, to już przy robieniu odpowiedniej oprawy, trzeba się troszkę napocić. Pozwólcie sobie pomóc. Robienie koktajli w domu jest o tyle skomplikowane, że ZAWSZE okazuje się, że na chacie brakuje jakiegoś super istotnego składnika, bez którego zwyczajnie nie wyjdzie. Zawsze. (Dzisiaj pewnie też i z góry przepraszam.) Co jest najpiękniejsze w tych trzech ślicznotkach, to fakt, że za składnikami wcale nie trzeba mocno biegać. Inna sprawa to te cholerne proporcje. Nie jestem fanką miarek w kuchni. „Na oko” to jest moja ulubiona miara. Jako, że chcę żeby to była…

PALCE LIZAĆ #5 Drukarnia

Trochę czasu upłynęło od ostatniego wpisu, w którym polecałam Wam jakieś Trójmiejskie lokale. Powody są dwa. Po pierwsze primo, jemy zazwyczaj w tych samych sprawdzonych miejscach, kiedy już jemy na mieście, a po drugie wszyscy zabierają się za żarcie, zanim zdążę zrobić choć jedno zdjęcie. Zero współpracy. Jest już poniedziałek, więc wypada tydzień zacząć jakąś porządną kawą. Chodźmy więc na kawę i ciacho na Mariacką, skoro Was tak ostatnio namawiałam. Bo warto. Zresztą pamiętajcie, że ja Wam bubli nie wciskam i polecam samo dobro. Jak w rodzinie. Poprzednie wpisy z serii możecie przeczytać kolejno tutaj: #1, #2, #3, #4 Większość ludzi przychodzi do Drukarni, żeby poczytać, co jest napisane na suficie. Mówię serio. Czasem robi się przez to kolejka w wejściu. Ja to bym chętnie poszła tam popisać w samotności z laptopem i usiadłabym sobie w tym wielkim oknie, które wychodzi na Mariacką z filiżanką latte i chlebkiem bananowym na…

40 DNI

Scenka z życia codziennego. Niby banał, a pozwoliłam mu zniweczyć kilkutygodniowy wysiłek. No więc, jesteśmy w piekarni, kupuję pieczywo, a Lila prosi panią o ciasteczka w kształcie misia: „Jedno dla mnie, a drugie dla mojej siostry”. Pani się wzruszyła, więc Lila i Ala dostały jeszcze po ciasteczku od firmy, ja popłynęłam na tej fali i poprosiłam jeszcze ciasteczka korzenne (będą do kawki – pomyślałam sobie). Sielanka trwa, jedziemy, dzieci chrupią ciasteczka. Ala po obgryzieniu misiowi oblanych czekoladą kończyn i uszu, znudziła się, więc rzuciła komendę: „mama, da!” i wetknęła mi to co zostało z misiowego korpusu do ust. Zero refleksji – zjadłam, co dali. Idziemy dalej, posmak misia nie dawał mi jednak spokoju, więc pomyślałam, że przegryzę korzenne ciacho I WTEDY DO MNIE DOTARŁO – przecież ja nie jem słodyczy. Mój post wziął i się rypnął. No debil. Bezmyślna maszyna do utylizacji resztek po dzieciach. Macie jakieś uzależnienia? Nie mówię,…

PIERNIKI 2016 – LEPIEJ PÓŹNO, NIŻ ZA ROK

Wiem, że mam kiepski refleks. Takie wpisy, to się robi przed Świętami, a nie po, ale ja tu sobie pamiątkę zostawiam, a nie, że jakieś tanie chwyty marketingowe stosuję. Święta nam zleciały za szybko. I za dużo było po drodze chorowania. Większości z tego, co planowaliśmy, nie doszło do skutku. Zgubiłam notes z adresami, więc kartek nie było. Na jarmark nie doszliśmy. Z dekoracji była tylko choinka, a kalendarza adwentowego, to nawet nie ogarnęłam. Wstyd. Jestem pewna, że osiągnęłam Rów Mariański Nieogarnięcia w kategorii przygotowania do Świąt, w tym roku. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, lepiej sobie poradzę z godzeniem pracy i organizowania świątecznego klimatu na chacie. Jakieś sugestie? Najwyżej faktycznie zacznę się organizować w październiku. Ale, nie ma co marudzić! Jedno nam się udało. Najważniejsze zresztą, bacząc na naszą z Najukochańszym Małżonkiem historię. Pierniki! Dwa rzuty dekorowanych, staropolski i piernikowy domek. Działo się. Jestem dumna z zapału Lili,…

DYNIA FUN

Niektórzy twierdzą, że Halloween jest ble, bo nie nasze i nie po katolicku. Niech im będzie i niech się kiszą w tym swoim hejcie. Mi można sprzedać praktycznie wszystko, co obiecuje dobrą zabawę. Jest taki odcinek „Świnki Peppy”, że ich rodzinka urządza dyniowe przyjęcie. Widzieliśmy to po raz pierwszy na wiosnę. Od tego czasu Lila czeka na własne dyniowe przyjęcie… Październik skończył się tak samo szybko, jak się zaczął i trzeba było podjąć jakieś decyzje. Jak już mówiłam, łatwo mnie urobić, jeśli obieca mi się, że może być fajnie. Póki co są tylko dynie, ale od jutra zaczynamy prace przygotowawcze. Jaram się! Z uwag technicznych, dłubanie dyni w końcu stało się mniej uciążliwe, skoro Lila już pomaga, a Ala już nie przeszkadza. Podoba mi się ta nasza tradycja. Imiona mają lekko od czapy i raczej bez związku. Poznajcie się – oto Tymek i Vlad. Poprzednie dynie tu i tu

najlepsze brownie na świecie

Mam coś dla Was. Potraktujcie to jako prezent przeprosinowy… Dawno nic nie pojawiło się na blogu. Czas leci niesamowicie szybko, dzieci rosną, pory roku się zmieniają. Chciałabym mieć więcej czasu na pisanie, pieczenie, lepienie talerzy, malowanie paznokci…. pranie. Takie tam, drobne przyjemności. Wracając do prezentu. Łączę przyjemne z pożytecznym, ponieważ kilka znajomych prosiło mnie o przepis, więc ku ogólnej korzyści postanowiłam wrzucić go właśnie tu. Oto przepis na najlepsze brownie na świecie. Serio. Mówiłam Wam kiedyś, że nie lubię zbyt wielu komplikacji w kuchni. Minimum wkładu – maximum efektu, to moje hasło przewodnie. Nic mi tak dobrze w życiu nie wychodzi, jak to ciasto. A dobrem trzeba się dzielić. Miałam napisać, że zawsze wychodzi, ale ostatnio znajomej, której podałam przepis, wyszedł z tego przepisu czekoladowy biszkopt. Jednakowoż potraktuję ten przypadek, jako wyjątek potwierdzający regułę 🙂 Let’s go! BROWNIE CIOCI AGI: Rozpuść kostkę masła i 1,5 tabliczki gorzkiej czekolady razem (…

Intensywne Dłubanie Dyni

Po raz kolejny uderzyła mnie wspaniała celowość pisania bloga. Poza oczywistym fejmem (żart, nie ma żadnego fejmu), mam wspaniałą pamiątkę. Dawno temu przestałam pisać papierowy pamiętnik, blog jest wspaniałym substytutem. Przypomniałam sobie dzięki niemu imię naszej zeszłorocznej, pierwszej w historii rodzinnej dyni. Gdybym tego tutaj nie zarejestrowała, zostałoby zapomniane na wieki. Ważne, żeby dynia miała imię. Wręcz najważniejsze. Po drugie musi być ładnie wystrugana. Najukochańszy Małżonek jest już specem, mimo, że to jego druga. Tegoroczna ma na imię Polska. Nie wiadomo dlaczego w sumie. Imiona dyniom nadaje u nas Lila. Nie drążymy. To znaczy, Najukochańszy Mąż drąży jedynie dynię, ja pstrykam foty. Ala narazie głównie przeszkadza i próbuje zajumać ze stołu ostro zakończone przedmioty. Pytaliśmy raz czy dwa, ale Lila uważa, że tak jest fajnie, więc zostało. Poznajcie się. Jeżeli Polska miałaby twarz, to wyglądałaby ona tak. Pogodna, acz głupawa.

Navigate