JEDZENIE

PALCE LIZAĆ #5 Drukarnia

Trochę czasu upłynęło od ostatniego wpisu, w którym polecałam Wam jakieś Trójmiejskie lokale. Powody są dwa. Po pierwsze primo, jemy zazwyczaj w tych samych sprawdzonych miejscach, kiedy już jemy na mieście, a po drugie wszyscy zabierają się za żarcie, zanim zdążę zrobić choć jedno zdjęcie. Zero współpracy. Jest już poniedziałek, więc wypada tydzień zacząć jakąś porządną kawą. Chodźmy więc na kawę i ciacho na Mariacką, skoro Was tak ostatnio namawiałam. Bo warto. Zresztą pamiętajcie, że ja Wam bubli nie wciskam i polecam samo dobro. Jak w rodzinie. Poprzednie wpisy z serii możecie przeczytać kolejno tutaj: #1, #2, #3, #4 Większość ludzi przychodzi do Drukarni, żeby poczytać, co jest napisane na suficie. Mówię serio. Czasem robi się przez to kolejka w wejściu. Ja to bym chętnie poszła tam popisać w samotności z laptopem i usiadłabym sobie w tym wielkim oknie, które wychodzi na Mariacką z filiżanką latte i chlebkiem bananowym na…

40 DNI

Scenka z życia codziennego. Niby banał, a pozwoliłam mu zniweczyć kilkutygodniowy wysiłek. No więc, jesteśmy w piekarni, kupuję pieczywo, a Lila prosi panią o ciasteczka w kształcie misia: „Jedno dla mnie, a drugie dla mojej siostry”. Pani się wzruszyła, więc Lila i Ala dostały jeszcze po ciasteczku od firmy, ja popłynęłam na tej fali i poprosiłam jeszcze ciasteczka korzenne (będą do kawki – pomyślałam sobie). Sielanka trwa, jedziemy, dzieci chrupią ciasteczka. Ala po obgryzieniu misiowi oblanych czekoladą kończyn i uszu, znudziła się, więc rzuciła komendę: „mama, da!” i wetknęła mi to co zostało z misiowego korpusu do ust. Zero refleksji – zjadłam, co dali. Idziemy dalej, posmak misia nie dawał mi jednak spokoju, więc pomyślałam, że przegryzę korzenne ciacho I WTEDY DO MNIE DOTARŁO – przecież ja nie jem słodyczy. Mój post wziął i się rypnął. No debil. Bezmyślna maszyna do utylizacji resztek po dzieciach. Macie jakieś uzależnienia? Nie mówię,…

PIERNIKI 2016 – LEPIEJ PÓŹNO, NIŻ ZA ROK

Wiem, że mam kiepski refleks. Takie wpisy, to się robi przed Świętami, a nie po, ale ja tu sobie pamiątkę zostawiam, a nie, że jakieś tanie chwyty marketingowe stosuję. Święta nam zleciały za szybko. I za dużo było po drodze chorowania. Większości z tego, co planowaliśmy, nie doszło do skutku. Zgubiłam notes z adresami, więc kartek nie było. Na jarmark nie doszliśmy. Z dekoracji była tylko choinka, a kalendarza adwentowego, to nawet nie ogarnęłam. Wstyd. Jestem pewna, że osiągnęłam Rów Mariański Nieogarnięcia w kategorii przygotowania do Świąt, w tym roku. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, lepiej sobie poradzę z godzeniem pracy i organizowania świątecznego klimatu na chacie. Jakieś sugestie? Najwyżej faktycznie zacznę się organizować w październiku. Ale, nie ma co marudzić! Jedno nam się udało. Najważniejsze zresztą, bacząc na naszą z Najukochańszym Małżonkiem historię. Pierniki! Dwa rzuty dekorowanych, staropolski i piernikowy domek. Działo się. Jestem dumna z zapału Lili,…

DYNIA FUN

Niektórzy twierdzą, że Halloween jest ble, bo nie nasze i nie po katolicku. Niech im będzie i niech się kiszą w tym swoim hejcie. Mi można sprzedać praktycznie wszystko, co obiecuje dobrą zabawę. Jest taki odcinek „Świnki Peppy”, że ich rodzinka urządza dyniowe przyjęcie. Widzieliśmy to po raz pierwszy na wiosnę. Od tego czasu Lila czeka na własne dyniowe przyjęcie… Październik skończył się tak samo szybko, jak się zaczął i trzeba było podjąć jakieś decyzje. Jak już mówiłam, łatwo mnie urobić, jeśli obieca mi się, że może być fajnie. Póki co są tylko dynie, ale od jutra zaczynamy prace przygotowawcze. Jaram się! Z uwag technicznych, dłubanie dyni w końcu stało się mniej uciążliwe, skoro Lila już pomaga, a Ala już nie przeszkadza. Podoba mi się ta nasza tradycja. Imiona mają lekko od czapy i raczej bez związku. Poznajcie się – oto Tymek i Vlad. Poprzednie dynie tu i tu

najlepsze brownie na świecie

Mam coś dla Was. Potraktujcie to jako prezent przeprosinowy… Dawno nic nie pojawiło się na blogu. Czas leci niesamowicie szybko, dzieci rosną, pory roku się zmieniają. Chciałabym mieć więcej czasu na pisanie, pieczenie, lepienie talerzy, malowanie paznokci…. pranie. Takie tam, drobne przyjemności. Wracając do prezentu. Łączę przyjemne z pożytecznym, ponieważ kilka znajomych prosiło mnie o przepis, więc ku ogólnej korzyści postanowiłam wrzucić go właśnie tu. Oto przepis na najlepsze brownie na świecie. Serio. Mówiłam Wam kiedyś, że nie lubię zbyt wielu komplikacji w kuchni. Minimum wkładu – maximum efektu, to moje hasło przewodnie. Nic mi tak dobrze w życiu nie wychodzi, jak to ciasto. A dobrem trzeba się dzielić. Miałam napisać, że zawsze wychodzi, ale ostatnio znajomej, której podałam przepis, wyszedł z tego przepisu czekoladowy biszkopt. Jednakowoż potraktuję ten przypadek, jako wyjątek potwierdzający regułę 🙂 Let’s go! BROWNIE CIOCI AGI: Rozpuść kostkę masła i 1,5 tabliczki gorzkiej czekolady razem (…

Intensywne Dłubanie Dyni

Po raz kolejny uderzyła mnie wspaniała celowość pisania bloga. Poza oczywistym fejmem (żart, nie ma żadnego fejmu), mam wspaniałą pamiątkę. Dawno temu przestałam pisać papierowy pamiętnik, blog jest wspaniałym substytutem. Przypomniałam sobie dzięki niemu imię naszej zeszłorocznej, pierwszej w historii rodzinnej dyni. Gdybym tego tutaj nie zarejestrowała, zostałoby zapomniane na wieki. Ważne, żeby dynia miała imię. Wręcz najważniejsze. Po drugie musi być ładnie wystrugana. Najukochańszy Małżonek jest już specem, mimo, że to jego druga. Tegoroczna ma na imię Polska. Nie wiadomo dlaczego w sumie. Imiona dyniom nadaje u nas Lila. Nie drążymy. To znaczy, Najukochańszy Mąż drąży jedynie dynię, ja pstrykam foty. Ala narazie głównie przeszkadza i próbuje zajumać ze stołu ostro zakończone przedmioty. Pytaliśmy raz czy dwa, ale Lila uważa, że tak jest fajnie, więc zostało. Poznajcie się. Jeżeli Polska miałaby twarz, to wyglądałaby ona tak. Pogodna, acz głupawa.

PETARDA, czyli ciasteczka z masłem orzechowym

Bóg kazał się dzielić. Nie wiem, czy nie pójdę do piekła, jeśli się z Wami nie podzielę tym przepisem. Do tej pory raz w życiu opublikowałam przepis na blogu. Nie obiecuję, że stanie się to normą. Bo choć od tamtej pory sporo wody upłynęło w Wiśle, a ja gotuję więcej i częściej, jako, że za przeproszeniem, przybyło w naszym domu gąb, nie zamierzam sie bynajmniej zamieniać w blogerkę kulinarną. Obiecałam sobie, że nie będę wrzucać tu przepisów, które można znaleźć na każdym blogu kulinarnym w kraju, a jedynie takie, które wstrząsną moim światem. Te ciacha pokochałam od pierwszego gryza. A przepisu nie znajdziecie nigdzie, więc ja Wam dam. Dobrem trzeba się bowiem dzielić. Karma ludzie, karma! Przepis pochodzi z książki kulinarnej dla małych dziewczynek. Zdziwko, co? Dostałyśmy go z Lilą od Olgi i jej mamy Ani, które są naszymi dobrymi przyjaciółkami i dzielą z nami zamiłowania kulinarne. Dzięki, raz jeszcze…

dynia

Lubię rodzinne tradycje. A takie, które wymagają wspólnego klecenia czegokolwiek i upaprania się czymś po pachy, lubię najbardziej. Mamy z najukochańszym mężem tradycję robienia pierników na Święta od 2009 roku (ah..co za staż..), w planach mamy pomysł na robienie co roku ozdób na choinkę, ale dłubanie w dyni jest tak śmieszne już z samego założenia, że chyba i z tego zrobimy tradycję. Oto nr jeden. Poznajcie Franka. Miłą dynię ( koncepcja strasznej dyni odpada, bo czemu ma nas coś straszyć przez okno?), jak go nazywa Lila. Ot takie tam zajęcie na jesienny wieczór, jeśli macie dynię pod reką. A jeśli chodzi o element kulinarny (bo wszak dynię się również spożywa), to odsyłam do najzajebistszego ciasta dyniowego na świecie.

palce lizać #4 – marmolada chleb i kawa

Zacznijmy od tego, że kocham śniadania. Rodzinnie kochamy. All day breakfast działa na mnie jak zaklęcie. Bo jak można serwować śniadanie do 10? Gdyby nie dzieci, nasz dzień pewnie zaczynałby się o tej godzinie. Albo nazywać kanapkę zjedzoną w biegu, śniadaniem. O nie. U nas śniadanie potrafi się przeciągnąć do dwóch godzin, jeśli akurat jesteśmy wszyscy razem, albo mamy gości. I miło, jeżeli restauracja uwzględnia potrzeby takich ludzi, jak my. Nie lubiących konsumować śniadania w biegu i celebrujących sam rytuał śniadania z godnym namaszczeniem. Do rzeczy. Jeżeli obudziliście się w Trójmieście i akurat jest weekend, macie szczęście, bo możecie wpaść się obeżreć na Targ Śniadaniowy. Jężeli jest środek tygodnia, to macie mniej szczęścia. Chyba, że obudziliście się we Wrzeszczu, wtedy możecie iść na śniadanie do Marmolada Chleb i Kawa, a potem zostać na lunch, obiad i deser, bo tak wyglądałby mój idealny plan dnia. Hahaha! Macie dzieci? Nie będą się…

Navigate