HOBBY

Mierz Wyżej – warsztaty Zrób to, no

W sobotę rano, nakarmiłam, napoiłam, ulepiłam kopytka na zaś, po czym porzuciłam przeziębione dzieci i pognałam do Olivia Business Centre. Bo ja też czasem mogę mieć wolne. Zwłaszcza, że to poniekąd była praca… ale tylko poniekąd. Matko! jaki cudny widok! Wcale się nie dziwię, że wybrałyście to miejsce. Naprawdę trudno byłoby znaleźć coś, co przebiłoby tą lokalizację. Cudne wnętrze, kwiaty, ciacha, prowadzący. Ekspres do kawy, który zbliżał ludzi. Miałam konkretne oczekiwania, jeżeli chodzi o te warsztaty, miałam nadzieję, że ktoś weźmie mnie za rączkę, powie mi, co mam ze sobą zrobić, który z pomysłów zrealizować, czy któryś w ogóle ma sens. Nic z tych rzeczy. Dostałam coś więcej. Dzięki Mierz Wyżej zrozumiałam, patrząc z dystansu na moje wczorajsze reakcje, że troluję samą siebie. Skupiam się na pierdołach i na tym, że być może coś zrobię źle. Każde zadanie – które zresztą miały formę zabawy – kwitowałam głośnym „nie uda się”,…

slowblogging

Ponoć na dobre rzeczy trzeba czekać. Do tej puli można śmiało dorzucić kolejny odcinek Gry o Tron, urlop, czy też posty na ulubionych blogach. Mam ich kilka. Przez to, że czytam, zachciało mi się pisać własny. Przez to, że piszę, przestało mi się chcieć czytać coponiektóre. Nie, że raptem się zrobiłam jakaś „ą-ę”. Po prostu przez to, że czytam ich coraz więcej, zaczyna mi brakować czasu na czytanie wszystkiego. Ja też chcę być czytana. I zawsze, kiedy ktoś czyta, czuję, że warto, a kiedy ktoś komentuje, czuję nawet bardziej. Zawsze kiedy ktoś polubi tego małego blogaska na fejsbuku, czuję motylki w brzuchu. Dla mnie każda „cyferka”, to osoba, która klepie mnie po pleckach i mówi „fajny blog”. Niczego nie udaję i tego samego szukam na innych blogach. Blog pozwala mi się na chwilę wyłączyć. Nie myśleć, co na obiad, czy już czas zmienić pieluchę. Kiedy piszę, relaksuję się.. Sami widzicie…

glina i angina

Dawniej bardzo dużo było u nas mazania farbkami, klejenia, wycinania i ogólnie pojętych zetpetów. Od kiedy urodziła się Alicja bawimy się w ten sposób jakby rzadziej. Lila zresztą nie narzeka, bo w przedszkolu wyżywa się artystycznie na różnych polach. Trochę mi czasem tęskno za tymi naszymi robótkami i czasem jeszcze nam się zdarza coś razem zrobić. Zdecydowanie rzadziej niż bym chciała, ale niedługo Ala uruchomi się manualnie i będzie nam „pomagać”. Przez ostatni tydzień królowała u nas jakaś paskudna bakteria, która Ali załatwiła zapalenie ucha środkowego, a Lilkę zamieniała co rano w ociekające ropą zombie, bo takie skojarzenie nasunęło mi się kiedy któregoś ranka weszła do pokoju po omacku, z wyciągniętymi przed siebie rękoma, zalepionymi ropą oczami i gilem sięgającym ust. Ta sama bakteria dziś rano odebrała mi głos, ale jako, że w nocy zaznałam wreszcie trochę snu, a palce mam sprawne, postanowiłam podzielić się z Wami naszą przygodą…

robótki ręczne – pomponowy łańcuch

Powoli budzę się z letargu zimowo-laktacyjnego. Powoli kończę to, co zaczęłam. Jest tego długa lista. Trochę jeszcze czasami mi się nie chce, trochę szukam wymówek, ale idą zmiany i czas w końcu strzepnąć kurz z ramion i zacząć robić rzeczy! Bo skoro wszystko wokół budzi się do życia i zmienia, to i ja muszę. Postęp i zmiany to siła, której nie da się pokonać. Żywioł. Zmiana to moja ulubiona siła natury. Trzeba nam zmian. Lubię zetpety. Lubię robić rzeczy. Lubię, jak coś umyślonego osiąga realny kształt, choćby po drodze zniekształciła go nieco rzeczywistość i brak umiejętności. Myśl staje się ciałem. Na przykład poduszką, maskotką, elementem wystroju. Za dwa tygodnie pomyślę, że brzydkie i wyrzucę, ale na razie czuję dumę i mogę wszystko. I chcę lepić, szyć, malować i wymyślać. Miłego poniedziałku!

matka rozlicza Disney’a

Nie pamiętam, żebyśmy z rodzicami rodzinnie oglądali bajki. Nikt specjalnie nie monitorował też, co oglądamy. Pamiętam, że nie wolno nam było oglądać „scen rozbieranych”, ale za to krew mogła lać się z ekranu strumieniami i nikt jakoś nie robił z tego dramatu. Zaznaczam, że wszyscy troje wyrośliśmy na normalnych ludzi. Telewizja nie była za naszych dziecięcych czasów postrzegana, jako zagrożenie, a wszystko, co animowane, przyjmowano jako treści stworzone z myślą o dzieciach. Teraz puszczanie bajek przymomina nieco nawigację po polu minowym. Trzeba się w miarę orientować, żeby nie karmić dziecka kreskówkową sieczką. Do rzeczy. Na okres mojego dzieciństwa przypada czas najlepszych bajek Disneya, Mała syrenka, Alladyn, Piękna i Bestia, Pocahontas. No dobra może z perspektywy czasu nie są najlepsze, ale każdy z nich był najlepszym filmem animowanym swoich czasów. No i nie mogłam się doczekać, kiedy będę je wszystkie oglądać ze swoimi dziećmi, obserwując ich reakcje. Jako, że jesteśmy uwięzieni…

styczniowe drobiazgi

https://www.youtube.com/watch?v=pSyCal8fqig&x-yt-cl=85027636&x-yt-ts=1422503916&feature=player_embedded Powiem szczerze, że bardzo lubię robić zdjęcia otaczających mnie przedmiotów. I nie, że jakieś martwe natury. Zdjęcia zwykłych rzeczy. Trochę od czapy hobby, wiem. Ale obiacałam sobie, że będę robić więcej rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Szczęście tkwi w drobiazgach. Wiecie o co chodzi, prawda? Mam na myśli takie przebłyski szczęścia. Czasem światło w pokoju jest takie, jak trzeba, czasem coś mnie wzruszy (małe stópki! więcej małych stópek!), albo rozbawi i mam ochotę utrwalić ten moment. Dlatego seria będzie się pojawiać regularnie. Będę te zdjęcia oglądać na starość. Może też z tego samego powodu, tak się lubimy z moim nowym kumplem Instagramem… ulubiona grzechotka Ali. ulubiona gumka do włosów. ona poprostu ich nie wyrywa. i co, że wyglądajak kabel telefoniczny (dzięki Doris) ulubiona biżuteria. bo nie ma jak prezent dla siebie samej… takie ciacho! bo jeżeli mogę zrobić bez przerwy na karmienie, to jest luksus. a z przerwą też…

świąteczne drobiazgi

Wierzę, że są takie okresy, kiedy warto się wylogować. Święta Bożęgo Narodzenia to jeden z takich momentów, kiedy nie mam najmniejszej ochoty ślęczeć na fejsie, blogu, czy gdziekolwiek w sieci. Skupiam się w tym czasie na rzeczach miłych. Na przykład na dzieciach, albo na Kevinie, albo na makowcu.. No wiecie. Bilans poświąteczny – 2kilo na plusie. A jak tam? U Was też na plusie po Świętach? Te choinki. Lila i Najukochańszy Mąż dali czadu z dekorowaniem w tym roku. Ja z Alą na rękach (bo akurat obydwa dwa razy, kiedy dekorowaliśmy, wisiała na cycu.), dałam radę udekorować zaledwie kilka. Ta „bombka”. Bo moje serce matki kocha wszystko, co zrobią małe rączki. A ozdoby świąteczne? Łzy wzruszenia aż same płyną do oczu! Te stópki. bo tak. niezmiennie zachwycają (serce matki!) Ten sznurek. I będę nim obwiązywać prezenty przez 10 lat, bo jest go 120metrów. Było… (Scandi Loft) Ten sznur światełek. Ciemno…

kciuk

Łatwo popadam w niegroźne z pozoru uzależnienia. Wspomniałam Wam o tym ostatnio. Czekolada, marcepanowe kartofelki, długie prysznice, takie tam drobiazgi. Na dłuższą metę toksyczne, jak wszystkie używki. Ostatnio do listy moich uzależnień mogę dopisać nowe. Nie wiem, jakim cudem przekonałam się do niego tak późno i czemu się tak przed nim broniłam, i dlaczego u licha, nikt mnie nie namawiał?, ale wpadłam, jak nie przymierzając, śliwka w kompot. Instagramowe macki chwyciły mnie mocno i wciągnęły w swe bezkresne odmęty. Życie już nie jest takie samo. O ile blogowanie, wymaga znalezienia, czasu i pomysłu, o tyle wrzucanie przypadkowych zdjęć w bezkres sieci, jest rozrywką w sam raz dla nieco odmóżdżonej matki karmiącej, jaką ostanimi czasy jestem. Blogowanie wymaga dwóch wolnych rąk do pisania. Matka Dwóch Córek posadająca, co prawda, prawie trzy pary rąk, rzadko ma jakąkolwiek rękę wolną w ciągu dnia, a wieczorem ręce służą jej jedynie do doczołgania się do…

tydzień pełen drobiazgów

Dobry wieczór! Zgapiam z jednego z moich ulubionych w tej chwili blogów cykl, w którym publikować będę zdjęcia przedmitów, które sprawiły mi radość przez ostatni tydzień. Jest jesień, więc to taki plan na poprawę humoru. Po pierwsze dlatego, że w życiu liczą się małe przyjemności. A po drugie, ponieważ mój niewyspany mózg nie potrafi ogarnąć w tej chwili nic większego niż drobiazgi. ta dynia <twarz sama uśmiechała się na jej widok, w dzień i w nocy. niestety jej żywot już się zakończył> te staniki do karmienia <bo miło w końcu znaleźć coś ładnego, nie tylko praktycznego> czapki i szaliki <idzie zima, pora wyciągnąć wszystko, co miękkie i ciepłe> ten balon <przez cały październik Lila była na zmianę to chora, to zdrowa. w tej chwili wychodzimy z trzeciej rundy. balony i ludziki z Lidl’a to nasza główna rozrywka. a fioletowy, to jej ulubiony kolor> Bałtyk <bo miło móc wyjść na powietrze,…

Navigate