HOBBY

MECZ

Ta historia ma swój początek nie tak dawno, dawno temu. W krainie Bursztynowego Stadionu. W dniu, w którym moja pierworodna córka, oglądając Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej z moim, nawiasem mówiąc, mężem, stwierdziła, że ona „tak bardzo chce iść na mecz”. Wtedy właśnie się zaczęła. Najukochańszy Małżonek wyszkolił Lilę bardzo dobrze. Okrzyk „POLSKA!” z potrójnym przyklaskiem wychodził jej koncertowo. Wiedziała, którzy to nasi i czy są przy piłce. Poczuła klimat. Stała się kibicem. Ale mecze w telewizji pozostawiały niedosyt w jej dziecięcym serduszku i każdorazowo, natykając się na kolejny taki mecz, pytała, czy kiedyś moglibyśmy się wybrać na „prawdziwy”. Zabraliśmy ją, co prawda, na Stadion Lechii na Dzień Dziecka, ale po co komu stadion, na którym nikt nie gra? Temat wisiał zatem nad nami, jak smok Daenerys nad wojskami Lannisterów. Do czasu… Ja wam zawsze powtarzam, że marzenia się spełniają! A nam, to tak często, że aż trudno to zliczyć.…

MATKA NA GIGANCIE

Zostawiłam dzieci na weekend. Po raz pierwszy od 4 lat. Ale ostatnio średnio się to skończyło, więc nic dziwnego, że miałam lekką traumę. Zacznijmy od tego, że ja się miałam w Poznaniu zamiar trochę przeszkolić, bo ani nie trzymam ręki na pulsie odnośnie blogosfery, ani nie znam blogerów (z wyjątkiem jednej Tekstualnej, ale łączy nas głównie żarcie i tańce latynoamerykańskie, więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy). Ja o dzieciach piszę. W dodatku, żebym jeszcze pisała jakoś ekspertko o wychowaniu, ale nie, ja piszę o konkretnych dwóch sztukach, więc mało kogo oprócz mnie samej może to obchodzić. Oczywiście piszę, o ile akurat nie zasnę. Czyli z rzadka. Wiadomo, że taki ze mnie bloger, jak z koziej dupy pudernica, ale skoro już mi odpisali, że mogę przyjechać, doszłam do wniosku, że te wszystkie wykłady, których posłucham, sprawią, że w końcu nauczę się prowadzić bloga. No cóż, zasadniczo wyszło jak…

NIEZŁE JAJA

Jeżeli zdjęcia z Dorocznego Pieczenia Pierników wrzucam w styczniu, bo wszak tak było, to logiczne, że Wielkanocne Malowanie Pisanek zostanie wspomniane przeze mnie w okolicach połowy maja. Logiczne. A były pisanki, że ho ho. Rozmiar XXL. I nie, nie odwiedziliśmy farmy strusi, chociaż to by w sumie było super fajne (i właśnie wpadłam na pomysł, żeby faktycznie to kiedyś zrobić). Ale na wiosnę nasze dzieci zazwyczaj chorują, więc szalone wycieczki nie wchodzą o tej  porze roku w grę. Jajka, które widzicie są w 100% hand made. Mój Najdroższy Małżonek osobiście je sklecił własnymi ręcami. Pewnie byście chcieli wiedzieć jak, ale dokładnego przepisu Wam nie podam, bo nie znam. Mogę Was jedynie poinstruować, że potrzebne Wam będą nadmuchane balony, woda, mąka (prawdopodobnie w proporcji 3 do 1) i kawałki papieru, a na koniec biała farba. Całość długo schnie, więc nie polecam robić tego na dzień przed Wielką Sobotą. Na koniec, rzecz…

ZNAJDY #3

Uwielbiam, jak mnie ktoś częstuje czymś fajnym, a wiecie przecież, że ciasta mi nie wolno, wiec zostaje kawa, herbata i linki. Znajdy, to linki, którymi ja częstuję Was. Skrupulatnie wyselekcjonowane z odmętów internetu. Perełki. Człowiek zawsze się o coś wesołego potknie w tych internetach. Ostatnio bardzo jestem off-line, ale mimo to, udało mi się zebrać dla Was kilka tłuściutkich kąsków. Uczcijmy postem fakt, że w końcu weekend. Na dobranoc, albo do porannej kawy – zajrzyjcie.

PIKNIK NA ZIMNO

Póki jeszcze się da, póki jeszcze choć troszkę słońca, piknikujemy. No bo przecież obiecałam. Nie, że koszyk z frykasami i obiad pod chmurką. Nie tym razem. Chociaż kusi mnie wizja ekstrawaganckiego spożywania na trawiastym łonie natury obiadu z deserem (kiedy pomyślę sobie, ze zaraz będzie zima, to mam ochotę pakować walizki i emigrować. Z kaczkami. Jak zobaczycie na niebie czteroosobową rodzinę kluczem lecącą w stronę południa – to będziemy my). Tym razem piknik skromnie i na szybko. Trochę nas pogoda zaskoczyła, bo niby jest pięknie i ciepło, ale kiedy dotarłyśmy na naszą miejscówkę, okazało się, że od morza wieje z północy taki zimny wiatr, że trochę zmarzłyśmy i po powrocie zaczęłyśmy od razu szukać rękawiczek. A w ogóle, to mam najfajniejsze dzieci pod słońcem. Mam szczęście, że jestem ich mamą. Tęskno mi do czasów, kiedy spędzałam z nimi cały czas świata…

grzechotnikonda czyli ciemno, pada i do wiosny daleko

Od dwóch tygodni jesteśmy uwięzione w domu. Wszystkie trzy. Mąż się trzymie. Sromota. Choróbsko nie odpuszcza. Samotność i gile, moi mili. Z nudów planuję przemeblunki, przeorganizowuję szafy, zamawiam druty i włóczkę, czytam książki (dobra, KSIĄŻKĘ…) i ogólnie przeżywam codziennie Dzień Świstaka, umierając na katar. Czarne wizje mnie nachodzą ilekroć uświadamiam sobie, ile czasu zostało do wiosny, bo w moich czarnych wizjach będziemy zdychać na katar do marca! z drugiej jednak strony, fakt, że dni zlewają mi się w jedno, ma jedną ogromną zaletę! To już połowa listopada i czas już wstawiać piernik na Święta! Yay! Z nudów wzięłam się za zaległe robótki ręczne. Jeżeli tak jak ja. macie tony kolorowych skarpetek bez pary, bądź bez palca, czy pięty, możecie zrobić dzieciom węża. Albo inne zwierze. Lilka przez ostatnie kilka dni ciągle chce się bawić „w czarne ludzie”. Nie wiem skąd pomysł. Myślałam, że wąż się wpisze w krajobraz, ale okazało…

Intensywne Dłubanie Dyni

Po raz kolejny uderzyła mnie wspaniała celowość pisania bloga. Poza oczywistym fejmem (żart, nie ma żadnego fejmu), mam wspaniałą pamiątkę. Dawno temu przestałam pisać papierowy pamiętnik, blog jest wspaniałym substytutem. Przypomniałam sobie dzięki niemu imię naszej zeszłorocznej, pierwszej w historii rodzinnej dyni. Gdybym tego tutaj nie zarejestrowała, zostałoby zapomniane na wieki. Ważne, żeby dynia miała imię. Wręcz najważniejsze. Po drugie musi być ładnie wystrugana. Najukochańszy Małżonek jest już specem, mimo, że to jego druga. Tegoroczna ma na imię Polska. Nie wiadomo dlaczego w sumie. Imiona dyniom nadaje u nas Lila. Nie drążymy. To znaczy, Najukochańszy Mąż drąży jedynie dynię, ja pstrykam foty. Ala narazie głównie przeszkadza i próbuje zajumać ze stołu ostro zakończone przedmioty. Pytaliśmy raz czy dwa, ale Lila uważa, że tak jest fajnie, więc zostało. Poznajcie się. Jeżeli Polska miałaby twarz, to wyglądałaby ona tak. Pogodna, acz głupawa.

Mierz Wyżej – warsztaty Zrób to, no

W sobotę rano, nakarmiłam, napoiłam, ulepiłam kopytka na zaś, po czym porzuciłam przeziębione dzieci i pognałam do Olivia Business Centre. Bo ja też czasem mogę mieć wolne. Zwłaszcza, że to poniekąd była praca… ale tylko poniekąd. Matko! jaki cudny widok! Wcale się nie dziwię, że wybrałyście to miejsce. Naprawdę trudno byłoby znaleźć coś, co przebiłoby tą lokalizację. Cudne wnętrze, kwiaty, ciacha, prowadzący. Ekspres do kawy, który zbliżał ludzi. Miałam konkretne oczekiwania, jeżeli chodzi o te warsztaty, miałam nadzieję, że ktoś weźmie mnie za rączkę, powie mi, co mam ze sobą zrobić, który z pomysłów zrealizować, czy któryś w ogóle ma sens. Nic z tych rzeczy. Dostałam coś więcej. Dzięki Mierz Wyżej zrozumiałam, patrząc z dystansu na moje wczorajsze reakcje, że troluję samą siebie. Skupiam się na pierdołach i na tym, że być może coś zrobię źle. Każde zadanie – które zresztą miały formę zabawy – kwitowałam głośnym „nie uda się”,…

slowblogging

Ponoć na dobre rzeczy trzeba czekać. Do tej puli można śmiało dorzucić kolejny odcinek Gry o Tron, urlop, czy też posty na ulubionych blogach. Mam ich kilka. Przez to, że czytam, zachciało mi się pisać własny. Przez to, że piszę, przestało mi się chcieć czytać coponiektóre. Nie, że raptem się zrobiłam jakaś „ą-ę”. Po prostu przez to, że czytam ich coraz więcej, zaczyna mi brakować czasu na czytanie wszystkiego. Ja też chcę być czytana. I zawsze, kiedy ktoś czyta, czuję, że warto, a kiedy ktoś komentuje, czuję nawet bardziej. Zawsze kiedy ktoś polubi tego małego blogaska na fejsbuku, czuję motylki w brzuchu. Dla mnie każda „cyferka”, to osoba, która klepie mnie po pleckach i mówi „fajny blog”. Niczego nie udaję i tego samego szukam na innych blogach. Blog pozwala mi się na chwilę wyłączyć. Nie myśleć, co na obiad, czy już czas zmienić pieluchę. Kiedy piszę, relaksuję się.. Sami widzicie…

Navigate