HOBBY

NASZ DOMOWY OGRÓDEK

Jednym z moich niespełnionych jeszcze marzeń,  jest posiadanie na własność kawałka ziemi, który mogłabym obsiać, miałabym czas ogarniać i mogłabym patrzeć, jak na nim ładnie rośnie zielone. Obiecujemy sobie rok rocznie, że coś będziemy hodować na tym naszym śmiechu wartym balkonie wielkości małej szafy i rok rocznie budzimy się z ręką w nocniku, kiedy już jest za późno na sianie. Jak to dobrze, że mężczyźni czasem biorą sprawy w swoje ręce i tej wiosny faktycznie coś się u nas zadziało w tej materii. Przychodzę któregoś dnia do domu, a tu worek ziemi na stole i jechane z sianiem. Wióry leciały, mówię Wam. Dziewczyny oczywiście pomagały i chętnie podlewają, ale sukces tego przedsięwzięcia muszę zapisać na konto mojego drogiego męża. Totalnie jego zasługa. Pokazywałam już postępy na fejsie i instagramie, ale to jest grubsza sprawa, takie rzeczy nie zdarzają się często, więc należy się wpis. Od razu jakoś przyjemniej z czymś…

ZIMNE DŁONIE, CIEPŁA KAWA I ZIMOWE SPACERY

Zima się skończyła. Jestem tego bardziej niż pewna, a mi zawieruszyły się zimowe zdjęcia w aparacie. To ostatni moment, żeby je Wam pokazać, bo niedługo to już w sumie lipiec. Poniższe kadry niech będą dowodem na nasz prawdziwie morski rodowód, bo my, drodzy państwo, nawet zimą żyjemy nad morzem. I nie straszny nam wiatr, ani ziąb. Zrobiłam te zdjęcia na jednym z naszych styczniowych spacerów, czyli jak widzicie, troszkę sobie poleżały. Spacery nad morzem zimą, to nie jest to samo, co letni plażing ze smażingiem, ale wierzcie mi, że mimo, że na samą myśl robi mi się chłodno, mają swój urok. A konkretnie, to mają dwa ogromne plusy, mianowicie: plaża jest wtedy cała dla nas, bo praktycznie nie ma na niej ludzi, co na plaży zawsze jest pożądane (kto kiedykolwiek miotał się po plaży w sezonie, w poszukiwaniu wolnego miejsca na kocyk, ten wie, o co mi chodzi), no i…

ŚWIĄTECZNE FILMY, KTÓRE OBEJRZĘ W TE ŚWIĘTA

Zazwyczaj na Święta wyjeżdżamy, ale tym roku zostajemy w domu. Tata Psotek, pechowo się złożyło, pracuje w Święta i Nowy Rok, więc po raz pierwszy od lat, nigdzie się nie ruszamy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, Święta w wersji slow, też mają swój urok. Od dzisiaj zakopujemy się w norce naszego mieszkania i będziemy oglądać świąteczne filmy. Ubrani w piżamy. Dodam przy tym, że to moja prywatna lista, tworzona przez lata. Dla tych, co naprawdę mają dosyć seansów przerywanych reklamami w telewizji, a na Netflixie już wszystko co świąteczne obejrzeli, lista filmów, koniecznie do obejrzenia w Święta, których możliwe, że nie znacie. Mixed Nuts (1994) To jest bez pudła najśmieszniejszy świąteczny film, jaki powstał w historii. Nie rozumiem dlaczego nie dają tego w Jedynce wymiennie z Kevinem. Wigilia kilku przypałowych bohaterów w nadmorski miasteczku w Kalinornii. A jaka obsada! Liev Schreiber w miniówie, to widok,…

WOLNY CZAS I CZAS, KTÓRY ZWALNIA

Może to ta jesień. Bo zdaje się, że dni mijają, jak minuty. A może to tylko resztki wirusa w kościach, ale jakoś inaczej płynie czas ostatnio.. Po kątach leżą niedoczytane książki, stosik rzeczy, które wymagają zreperowania, bo dziura na kolanie, albo guzik odpadł. Piekarnik nie pamięta, jak to jest upiec ciasto. Pewnie tęskni za czymś słodkim, a nie, ciągle tylko tosty z serem… A przecież jesień idealna jest do pieczenia. W grubych książkach prasują się liście na te wyklejane obrazy, które mamy zrobić od tygodnia. Nie ma czasu. Doba jest za krótka. Maszyna do szycia stoi nie ruszona, od kiedy została kupiona, podobnie, jak te spodnie, które miałam sobie zwęzić na jesień.. rok temu. Dwa lata temu z kolei, kupiłam drewniane druty na Allegro, dzieci używają je jako pałeczki do cymbałków – te druty pewnie same nie wiedzą do czego służą, bo wełny to one nie widziały w swoim rękodzielniczym…

SOBOTA NA DYNIOWEJ FARMIE

Przyznam się bez bicia, że łatwo mnie namówić do świętowania czegokolwiek. I ło matko, jak mi się podoba, jak Ci Amerykanie świętują październik. Halloween, to już wiadomka – u nas na chacie odbędzie się trzeci rok z rzędu. I już teraz robimy wstępny plan na haloweenową imprezę, ale Halloween to jeden wieczór, a październik jest długi i piękny i można jeszcze spędzać czas na powietrzu i w sumie już od września jarać się, że dynie owocują. Zupy robić, ciasta piec, rzeźbić w tym miąższu. No i komu by w sumie przyszło do głowy, żeby zrobić imprezę z kupy dyń wyłożonych na świeżym powietrzu. Tylko Amerykanom. Oni do wszystkiego podchodzą z szalonym entuzjazmem Świętego Mikołaja na prozaku. Zawsze mnie fascynował pomysł odwiedzania takiej farmy. W sensie nie bardzo rozumiałam przesłanki. Bo warzywniak w sumie pod blokiem, więc po co? No zdjęcia ładne w sumie, ale żeby zaraz za miasto po zdjęcie…

PIĘKNE LATO MAMY TEJ WIOSNY

Miniony weekend wycisnęłam, jak cytrynę, do ostatniej kropelki, a już nie mogę się doczekać następnego. Szaleństwo! Wszystko wina majówki! Od początku miesiąca wydaje mi się, że już jestem po rozdaniu świadectw i teraz to mogę się tylko bezkarnie byczyć. Truskawki w warzywniaku, lody na kolację, sandały wyciągnięte z szafy. To już nawet trudno nazwać wiosną! Aż mam ochotę zacząć się pakować na kolonie! A potem przypominam sobie, że mam trzydzieści pięć lat, męża i dwójkę dzieci i ostatni raz, to się byczyłam dziesięć lat temu. Ale nie tracę entuzjazmu i przebieram niecierpliwie nóżkami, gdyż następne wolne już pod koniec miesiąca. Poza tym chyba byliśmy wszyscy bardzo grzeczni w tym roku, bo takiego lata, czy wiosny, nie widzieliśmy w Trójmieście od lat! Rzucam garść zdjęć z mojego ogródka, z najpiękniejszym zachodem słońca jaki widziałam od dawna. W miniony weekend praktycznie mieszkałyśmy na plaży. A w sobotę, to miałam wrażenie, że przeniosłyśmy…

W DOMU…

Ostatni miesiąc to była jakaś idiotyczna karuzela zdarzeń. I to nie taka w wesołym miasteczku, tylko bardziej takie koło, które chomik ma w klatce do biegania. To ma nazwę? Przy czy ja byłam właśnie tym chomikiem. Mam wrażenie, że przez większość miesiąca nie było mnie w domu. Zdarzyło się mnóstwo fajnych rzeczy, ale też wiele bezsensownego stresu. A ja to stresu nie lubię za bardzo. Fajnie jak się dużo dzieje, ale bez kitu, już starczy tych dzikich emocji. Jeżeli ktoś dałby mi bilety dla całej rodziny na wycieczkę w gorące miejsce, na ten długi weekend, który w najlepsze właśnie trwa, to powiem Wam szczerze, że grzecznie bym odmówiła. Chcę pobyć w domu. Robić rano śniadania w mojej kuchni, wstawiać pralkę za pralką i bawić się Barbie z dziećmi. Niech się nic nie dzieje. Żadnych dramatów i żadnych fajerwerków, proszę. Marzy mi się święty spokój. Najchętniej niech w tle tych codziennych…

MECZ

Ta historia ma swój początek nie tak dawno, dawno temu. W krainie Bursztynowego Stadionu. W dniu, w którym moja pierworodna córka, oglądając Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej z moim, nawiasem mówiąc, mężem, stwierdziła, że ona „tak bardzo chce iść na mecz”. Wtedy właśnie się zaczęła. Najukochańszy Małżonek wyszkolił Lilę bardzo dobrze. Okrzyk „POLSKA!” z potrójnym przyklaskiem wychodził jej koncertowo. Wiedziała, którzy to nasi i czy są przy piłce. Poczuła klimat. Stała się kibicem. Ale mecze w telewizji pozostawiały niedosyt w jej dziecięcym serduszku i każdorazowo, natykając się na kolejny taki mecz, pytała, czy kiedyś moglibyśmy się wybrać na „prawdziwy”. Zabraliśmy ją, co prawda, na Stadion Lechii na Dzień Dziecka, ale po co komu stadion, na którym nikt nie gra? Temat wisiał zatem nad nami, jak smok Daenerys nad wojskami Lannisterów. Do czasu… Ja wam zawsze powtarzam, że marzenia się spełniają! A nam, to tak często, że aż trudno to zliczyć.…

MATKA NA GIGANCIE

Zostawiłam dzieci na weekend. Po raz pierwszy od 4 lat. Ale ostatnio średnio się to skończyło, więc nic dziwnego, że miałam lekką traumę. Zacznijmy od tego, że ja się miałam w Poznaniu zamiar trochę przeszkolić, bo ani nie trzymam ręki na pulsie odnośnie blogosfery, ani nie znam blogerów (z wyjątkiem jednej Tekstualnej, ale łączy nas głównie żarcie i tańce latynoamerykańskie, więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy). Ja o dzieciach piszę. W dodatku, żebym jeszcze pisała jakoś ekspertko o wychowaniu, ale nie, ja piszę o konkretnych dwóch sztukach, więc mało kogo oprócz mnie samej może to obchodzić. Oczywiście piszę, o ile akurat nie zasnę. Czyli z rzadka. Wiadomo, że taki ze mnie bloger, jak z koziej dupy pudernica, ale skoro już mi odpisali, że mogę przyjechać, doszłam do wniosku, że te wszystkie wykłady, których posłucham, sprawią, że w końcu nauczę się prowadzić bloga. No cóż, zasadniczo wyszło jak…

Navigate