HOBBY

WOLNY CZAS I CZAS, KTÓRY ZWALNIA

Może to ta jesień. Bo zdaje się, że dni mijają, jak minuty. A może to tylko resztki wirusa w kościach, ale jakoś inaczej płynie czas ostatnio.. Po kątach leżą niedoczytane książki, stosik rzeczy, które wymagają zreperowania, bo dziura na kolanie, albo guzik odpadł. Piekarnik nie pamięta, jak to jest upiec ciasto. Pewnie tęskni za czymś słodkim, a nie, ciągle tylko tosty z serem… A przecież jesień idealna jest do pieczenia. W grubych książkach prasują się liście na te wyklejane obrazy, które mamy zrobić od tygodnia. Nie ma czasu. Doba jest za krótka. Maszyna do szycia stoi nie ruszona, od kiedy została kupiona, podobnie, jak te spodnie, które miałam sobie zwęzić na jesień.. rok temu. Dwa lata temu z kolei, kupiłam drewniane druty na Allegro, dzieci używają je jako pałeczki do cymbałków – te druty pewnie same nie wiedzą do czego służą, bo wełny to one nie widziały w swoim rękodzielniczym…

SOBOTA NA DYNIOWEJ FARMIE

Przyznam się bez bicia, że łatwo mnie namówić do świętowania czegokolwiek. I ło matko, jak mi się podoba, jak Ci Amerykanie świętują październik. Halloween, to już wiadomka – u nas na chacie odbędzie się trzeci rok z rzędu. I już teraz robimy wstępny plan na haloweenową imprezę, ale Halloween to jeden wieczór, a październik jest długi i piękny i można jeszcze spędzać czas na powietrzu i w sumie już od września jarać się, że dynie owocują. Zupy robić, ciasta piec, rzeźbić w tym miąższu. No i komu by w sumie przyszło do głowy, żeby zrobić imprezę z kupy dyń wyłożonych na świeżym powietrzu. Tylko Amerykanom. Oni do wszystkiego podchodzą z szalonym entuzjazmem Świętego Mikołaja na prozaku. Zawsze mnie fascynował pomysł odwiedzania takiej farmy. W sensie nie bardzo rozumiałam przesłanki. Bo warzywniak w sumie pod blokiem, więc po co? No zdjęcia ładne w sumie, ale żeby zaraz za miasto po zdjęcie…

PIĘKNE LATO MAMY TEJ WIOSNY

Miniony weekend wycisnęłam, jak cytrynę, do ostatniej kropelki, a już nie mogę się doczekać następnego. Szaleństwo! Wszystko wina majówki! Od początku miesiąca wydaje mi się, że już jestem po rozdaniu świadectw i teraz to mogę się tylko bezkarnie byczyć. Truskawki w warzywniaku, lody na kolację, sandały wyciągnięte z szafy. To już nawet trudno nazwać wiosną! Aż mam ochotę zacząć się pakować na kolonie! A potem przypominam sobie, że mam trzydzieści pięć lat, męża i dwójkę dzieci i ostatni raz, to się byczyłam dziesięć lat temu. Ale nie tracę entuzjazmu i przebieram niecierpliwie nóżkami, gdyż następne wolne już pod koniec miesiąca. Poza tym chyba byliśmy wszyscy bardzo grzeczni w tym roku, bo takiego lata, czy wiosny, nie widzieliśmy w Trójmieście od lat! Rzucam garść zdjęć z mojego ogródka, z najpiękniejszym zachodem słońca jaki widziałam od dawna. W miniony weekend praktycznie mieszkałyśmy na plaży. A w sobotę, to miałam wrażenie, że przeniosłyśmy…

W DOMU…

Ostatni miesiąc to była jakaś idiotyczna karuzela zdarzeń. I to nie taka w wesołym miasteczku, tylko bardziej takie koło, które chomik ma w klatce do biegania. To ma nazwę? Przy czy ja byłam właśnie tym chomikiem. Mam wrażenie, że przez większość miesiąca nie było mnie w domu. Zdarzyło się mnóstwo fajnych rzeczy, ale też wiele bezsensownego stresu. A ja to stresu nie lubię za bardzo. Fajnie jak się dużo dzieje, ale bez kitu, już starczy tych dzikich emocji. Jeżeli ktoś dałby mi bilety dla całej rodziny na wycieczkę w gorące miejsce, na ten długi weekend, który w najlepsze właśnie trwa, to powiem Wam szczerze, że grzecznie bym odmówiła. Chcę pobyć w domu. Robić rano śniadania w mojej kuchni, wstawiać pralkę za pralką i bawić się Barbie z dziećmi. Niech się nic nie dzieje. Żadnych dramatów i żadnych fajerwerków, proszę. Marzy mi się święty spokój. Najchętniej niech w tle tych codziennych…

MECZ

Ta historia ma swój początek nie tak dawno, dawno temu. W krainie Bursztynowego Stadionu. W dniu, w którym moja pierworodna córka, oglądając Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej z moim, nawiasem mówiąc, mężem, stwierdziła, że ona „tak bardzo chce iść na mecz”. Wtedy właśnie się zaczęła. Najukochańszy Małżonek wyszkolił Lilę bardzo dobrze. Okrzyk „POLSKA!” z potrójnym przyklaskiem wychodził jej koncertowo. Wiedziała, którzy to nasi i czy są przy piłce. Poczuła klimat. Stała się kibicem. Ale mecze w telewizji pozostawiały niedosyt w jej dziecięcym serduszku i każdorazowo, natykając się na kolejny taki mecz, pytała, czy kiedyś moglibyśmy się wybrać na „prawdziwy”. Zabraliśmy ją, co prawda, na Stadion Lechii na Dzień Dziecka, ale po co komu stadion, na którym nikt nie gra? Temat wisiał zatem nad nami, jak smok Daenerys nad wojskami Lannisterów. Do czasu… Ja wam zawsze powtarzam, że marzenia się spełniają! A nam, to tak często, że aż trudno to zliczyć.…

MATKA NA GIGANCIE

Zostawiłam dzieci na weekend. Po raz pierwszy od 4 lat. Ale ostatnio średnio się to skończyło, więc nic dziwnego, że miałam lekką traumę. Zacznijmy od tego, że ja się miałam w Poznaniu zamiar trochę przeszkolić, bo ani nie trzymam ręki na pulsie odnośnie blogosfery, ani nie znam blogerów (z wyjątkiem jednej Tekstualnej, ale łączy nas głównie żarcie i tańce latynoamerykańskie, więc nie wiem, czy to się w ogóle liczy). Ja o dzieciach piszę. W dodatku, żebym jeszcze pisała jakoś ekspertko o wychowaniu, ale nie, ja piszę o konkretnych dwóch sztukach, więc mało kogo oprócz mnie samej może to obchodzić. Oczywiście piszę, o ile akurat nie zasnę. Czyli z rzadka. Wiadomo, że taki ze mnie bloger, jak z koziej dupy pudernica, ale skoro już mi odpisali, że mogę przyjechać, doszłam do wniosku, że te wszystkie wykłady, których posłucham, sprawią, że w końcu nauczę się prowadzić bloga. No cóż, zasadniczo wyszło jak…

NIEZŁE JAJA

Jeżeli zdjęcia z Dorocznego Pieczenia Pierników wrzucam w styczniu, bo wszak tak było, to logiczne, że Wielkanocne Malowanie Pisanek zostanie wspomniane przeze mnie w okolicach połowy maja. Logiczne. A były pisanki, że ho ho. Rozmiar XXL. I nie, nie odwiedziliśmy farmy strusi, chociaż to by w sumie było super fajne (i właśnie wpadłam na pomysł, żeby faktycznie to kiedyś zrobić). Ale na wiosnę nasze dzieci zazwyczaj chorują, więc szalone wycieczki nie wchodzą o tej  porze roku w grę. Jajka, które widzicie są w 100% hand made. Mój Najdroższy Małżonek osobiście je sklecił własnymi ręcami. Pewnie byście chcieli wiedzieć jak, ale dokładnego przepisu Wam nie podam, bo nie znam. Mogę Was jedynie poinstruować, że potrzebne Wam będą nadmuchane balony, woda, mąka (w proporcji 3 do 1) i kawałki papieru. Po wyschnięciu całość malujemy białą farbą i znowu pozwalamy wyschnąć. Cały proces zajmuje trochę czasu, więc nie polecam robić tego na dzień…

ZNAJDY #3

Uwielbiam, jak mnie ktoś częstuje czymś fajnym, a wiecie przecież, że ciasta mi nie wolno, wiec zostaje kawa, herbata i linki. Znajdy, to linki, którymi ja częstuję Was. Skrupulatnie wyselekcjonowane z odmętów internetu. Perełki. Człowiek zawsze się o coś wesołego potknie w tych internetach. Ostatnio bardzo jestem off-line, ale mimo to, udało mi się zebrać dla Was kilka tłuściutkich kąsków. Uczcijmy postem fakt, że w końcu weekend. Na dobranoc, albo do porannej kawy – zajrzyjcie.

PIKNIK NA ZIMNO

Póki jeszcze się da, póki jeszcze choć troszkę słońca, piknikujemy. No bo przecież obiecałam. Nie, że koszyk z frykasami i obiad pod chmurką. Nie tym razem. Chociaż kusi mnie wizja ekstrawaganckiego spożywania na trawiastym łonie natury obiadu z deserem (kiedy pomyślę sobie, ze zaraz będzie zima, to mam ochotę pakować walizki i emigrować. Z kaczkami. Jak zobaczycie na niebie czteroosobową rodzinę kluczem lecącą w stronę południa – to będziemy my). Tym razem piknik skromnie i na szybko. Trochę nas pogoda zaskoczyła, bo niby jest pięknie i ciepło, ale kiedy dotarłyśmy na naszą miejscówkę, okazało się, że od morza wieje z północy taki zimny wiatr, że trochę zmarzłyśmy i po powrocie zaczęłyśmy od razu szukać rękawiczek. A w ogóle, to mam najfajniejsze dzieci pod słońcem. Mam szczęście, że jestem ich mamą. Tęskno mi do czasów, kiedy spędzałam z nimi cały czas świata…

Navigate