GDAŃSK

randka w Trójmieście

Zaczynaliśmy z Najukochańszym Małżonkiem jako współlokatorzy. Miało to oczywiście swoje bardzo dobre strony, ale jednocześnie odpadał nam etap randkowania. Nie żeby było czego żałować, bo randki kojarzyły mi się we wczesnej młodości głównie ze stresem. Niemniej jednak zdarzało nam się czasem gdzieś wychodzić, kiedy byliśmy parą bezdzietną. Teraz nieczęsto mamy okazję, żeby się wyrwać. Zazwyczaj robimy to na totalnym spontanie, bo jeżeli tylko zaczynamy planować z wyprzedzeniem, zazwyczaj któraś z dziewczynek zaczyna chorować, albo zdarza się jakiś inny kataklizm. W związku z czym, kiedy już przychodzi co do czego, lądujemy w kinie, bo zupełnie nie wiemy, co ze sobą zrobić. Postanowiłam zrobić listę miejsc do których moglibyśmy się udać, żeby po raz kolejny nie wylądować na filmie z Leonardo Di Caprio (chociaż ponoć tym razem faktycznie ma szansę na Oskara). A jako, że Walentynki już w ten weekend, postanowiłam się z Wami podzielić. Taki prezencik ode mnie. Lista dotyczy co…

zielona latarnia

Wydawało mi się, że znam nasze okolice bardzo dobrze, aż pewnego razu tego lata sąsiadka uświadomiła mi, że mamy nową trasę spacerową do zaliczenia, i że chyba tylko ja nie słyszałam, że można przejść z Brzeźna do latarni morskiej w Nowym Porcie. Spacer aż-do-latarni wydawał się być bardziej wycieczką, niż spacerkiem, kiedy patrzeliśmy na dystans, który mamy do przebycia, stojąc na plaży w Brzeźnie, ale okazało się, że trasa jest tak przyjemna i szybka, że na pewno będziemy spacerować do latarni częściej niż sądziłam. Dzielę się z Wami, bo może jest ktoś oprócz mnie, kto nie wiedział. A jakież tam po drodze piękne okoliczności przyrody. Czy wspominałam już, że kocham mieszkać nad morzem? Tak? No to powiem to po raz kolejny. Kocham.

hello September

Matko! Wrzesień już! Ja nie wiem jak, ale nadszedł TEN DZIEŃ. Moje dziecko od jutra będzie przedszkolakiem. I nie jakieś famfaramfa dwa razy w tygodniu. Codziennie. Bierze kubeczek i szczoteczkę, jakby na noc miała zostać. I rzeczy na zmianę… Dobrze, że piżamki nie bierze (ponieważ wylądowała w pięciolatkach, a oni nie śpią. Bogu dzięki!…), bo chyba bym się zapłakała. Czuję lekki niepokój. To już oficjalne, wakacje się skończyły. A z nimi beztroskie dzieciństwo. Kiedy w zeszłym tygodniu wracałam z garów pachniało śliwkami i ogniskiem, a kiedy mijałam kogoś na rolkach, czy rowerze, czułam bijące od nich ciepło rozgrzanego ciała. W tym tygodniu powietrze nie pachniało niczym. Były tylko ślimaki, pajęczyny we włosach i zimno w ręce. Ale nie, że sieję jesienną melancholię. Bo za dnia jeszcze można. I to sporo można, dopóki nie pada i nie jesień pełną dębą… Na przykład dwa patyki połączone kawałkiem sznurka można pomoczyć w…

palce lizać #4 – marmolada chleb i kawa

Zacznijmy od tego, że kocham śniadania. Rodzinnie kochamy. All day breakfast działa na mnie jak zaklęcie. Bo jak można serwować śniadanie do 10? Gdyby nie dzieci, nasz dzień pewnie zaczynałby się o tej godzinie. Albo nazywać kanapkę zjedzoną w biegu, śniadaniem. O nie. U nas śniadanie potrafi się przeciągnąć do dwóch godzin, jeśli akurat jesteśmy wszyscy razem, albo mamy gości. I miło, jeżeli restauracja uwzględnia potrzeby takich ludzi, jak my. Nie lubiących konsumować śniadania w biegu i celebrujących sam rytuał śniadania z godnym namaszczeniem. Do rzeczy. Jeżeli obudziliście się w Trójmieście i akurat jest weekend, macie szczęście, bo możecie wpaść się obeżreć na Targ Śniadaniowy. Jężeli jest środek tygodnia, to macie mniej szczęścia. Chyba, że obudziliście się we Wrzeszczu, wtedy możecie iść na śniadanie do Marmolada Chleb i Kawa, a potem zostać na lunch, obiad i deser, bo tak wyglądałby mój idealny plan dnia. Hahaha! Macie dzieci? Nie będą się…

big blue

Zdjęcia na niebiesko. Miałyśmy robić tego dnia coś zupełnie innego. Piasek był mokry po deszczu, więc miałyśmy tylko na chwilę wejść na plażę. Kilka człowieków spacerowało brzegiem, parę osób (szaleńcy!) pluskało się w wodzie. Nie miałyśmy nawet ręcznika, tylko parę majtek na zmianę, w razie co. Okazało się jednak, że po falach przy brzegu (taka była umowa, żadnego wchodzenia do wody), można skakać dwie godziny. Miałam też bluzę w razie deszczu, więc wytarłam Lilę sukienką i wracała w tej bluzie (co za matka!), zadowolona, jak zwykle, kiedy może się wyszaleć. Kocham tą dziewczynkę. Lubię patrzeć, jak tryska tym swoim niepohamowanym, dziecięcym szczęściem. Miłe popołudnie. Plażę najbardziej lubię, kiedy jest pusta.

lipiec

Czas płynie tego lata jakimś nierównym tempem. Z jednej strony leniwie i ospale, dni ciągną się, jak miękkie krówki. Z drugiej, aż trudno uwierzyć, że to już koniec lipca, że niby skończył się sezon na truskawki. Nawet nie porobiłam słoików, nie zamroziłam na jesień. Lecz mimo to, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nadal trwa prawdziwe lato. grupa chłopców pluska się w falach…o, nie, chwila, ten z długimi włosami, to przecież Lili we własnej osobie. kto by tam chciał siedzieć na brzegu, kiedy na morzu szaleje żywioł. Już Wam kiedyś mówiłam, że mieszkanie nad samym morzem jest najwspanialsze na świecie. Cóż… jest i tyle. Nawet malutkie mieszkanie, w nienajciekawszej dzielnicy zyskuje 100punktów do lansu, kiedy człowiek może podziwiać fale od świtu, do zmierzchu. A po zachodzie słońca może się wsłuchiwać w szum morza, licząc pojawiające się na niebie gwiazdy, leżąc na chłodnym, miękkim piasku. Damn, I’m so lucky.

post plażowy

Za oknem pada deszcz, a ja oglądam zdjęcia sprzed kilku dni i nie mogę się doczekać lata. Truskawki na balkonie kwitną w najlepsze i przypominają mi o tym, że wystarczy niewielki wysiłek i możemy mieć wszystko, czego chcemy. Nie mogę uwierzyć, że trzy lata zbierałam się, żeby je posadzić. Jest dobrze, mimo, że deszcz i plucha. Już za chwilę lato. Pikniki, wieczorne spacery na lody, całodniowe wycieczki po mieście i zamki z piasku. Chociaż u nas sezon na grzebanie w piachu trwa w sumie prawie cały rok. Ah! Słomkowy kapelusz czeka odkurzony, stroje kąpielowe też.

morze

Uwielbiam żyć nad samym morzem. Marzy mi się dom z ogródkiem, w którym będę hodować warzywka, kurki i pszczoły (tak, marzy mi się pasieka), ale kiedy pomyślę, że nie będę mogła w każdej chwili wyskoczyć sobie nad morze, robi mi się smutno. (Chyba, że znajdę gdzieś działkę nad samym morzem, wtedy wszystko będę miała w pakiecie, ale słabo to widzę.) Mieszkać w Gdańsku można w różnych miejscach. Wychowałam się tutaj, ale morze i tak oglądałam tylko kilka razy do roku, głównie latem. Kto jeździ na spacer na drugi koniec miasta? Dlatego uwielbiam naszą obecną lokalizację. Mam balkon wielkości szafy, kuchnię wielkości dwóch szaf i niewiele większą sypialnię, ale mam pod nosem morze, które już zaczęło pachnieć swą cudną morską wonią, a lato już tuż tuż… Jestem szczęściarą!

palce lizać #3

W samym centrum Gdańska są dwa miejsca, które odwiedzamy najczęściej. W zależności od tego, jak głodni akurat jesteśmy. O Pikawie pisał już chyba każdy, kto kiedyś ją odwiedził. Trudno się zresztą dziwić, mają pyszne gorące czekolady, pyszną paschę i pyszny creme brullee. A do tego mają akwarium. Rozumiecie o co chodzi? To znaczy, że ja tam faktycznie mogę w spokoju coś wypić! I tylko tam (właśnie wpadłam na pomysł, że może powinnam kupić akwarium do domu..). Ponieważ nie ma co się rozpisywać, bo w Pikawie jest po prostu super i w internetach są tysiące recenzji, przedstawię Wam młodszą siostrę Pikawy. Tekstylia. Sposób na małego i dużego głoda. Restauracja została otwarta w miejscu dawnego sklepu z – niespodzianka – tekstyliami, z którego został jedynie szyld. Chodziłam tam z babcią i mamą jako dziecko i może trochę z sentymentu, lubię to miejsce. Wystrój jest więcej niż przyjemny i nawiązuje trochę do historii…

Navigate