Aga

9 Posts Back Home
Matka Polka Pracująca,

Dyniowe Przyjęcie

Sporo słyszę głosów, że Halloween jest głupie i niepotrzebne, że przyćmiewa to, co ważne we Wszystkich Świętych. Bo to powinien czas zadumy i refleksji, a nie zabawy. Trochę rozumiem, bo to przecież prawda… a trochę się nie zgadzam. To, co każdy z nas przeżywa na cmentarzu różni się od człowieka, do człowieka. Kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy na cmentarz z rodzicami, jedyny fun polegał na ty, że można było wtedy na legalu bawić się zapałkami, a wieczorem jechało się do kogoś na ciepłą herbatę i ciasto. To było miłe. Lubiłam Wszystkich Świętych. Perspektywa zmieniła mi się, kiedy zapaliłam pierwszy znicz na grobie ukochanego człowieka. Przypuszczam, że z wiekiem i ilością zniczy zapalanych na coraz to nowych nagrobkach, Wszystkich Świętych zaczyna dla człowieka znaczyć dużo więcej. Stąd rozumiem, że niektórych halloween irytuje. Jak hałas w bibliotece. Burzy spokój, łamie pewne zasady. Ja to jestem niestety hedonistką. Chcę, żeby moje życie było przyjemne,…

ZNAJDY #5 lepsze niż kieszenie pełne kasztanów

No w końcu piątek. Zrelaksujmy się razem, surfując w internetach. Ahhhh.. 1.Wybór szpitala, w którym będziemy rodzić, jest bardzo złożoną kwestią. Niestety dopiero teraz zrozumiałam, że totalnie źle dobrałam kryteria, wybierając placówkę. Zresztą już pozamiatane, ale może Wam otworzę oczy i akurat jesteście PRZED. Czytając ten artykuł, a raczej, oglądając zdjęcia do niego zrozumiałam, co naprawdę jest ważne, przy wyborze szpitala. Zdecydowanie urodziłam się pod złą szerokością geograficzną. 2. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na przebieranej imprezce, ale poszłabym. A jak sobie patrzę na pomysły na Halloweenowe przebranie takiego Harrisona Forda, to w sumie mogłabym sklecić sensowny kostium z tego, co mam na chacie. A od patrzenia na pomysły  N.P. Harris’a, to mam ochotę przebrać całą rodzinę. Fun, fun, fun! 3. Bardzo w duchu (uuuuuu! duuuuuchuuuuu!) Halloween. Opuszczony, tajemniczy dom w Londynie. Ciekawe, ile takich miejscówek znalazłoby się w Gdańsku? 4. Te zdjęcia są takie słodkie…. Bobas to wspaniały rekwizyt!…

ŻYCIE OFF-LINE

Przyznam się Wam bez bicia, bo komu, jak nie Wam i gdzie, jak nie tu, że męczy mnie ten cały technologiczny szum. Osiem godzin przy komputerze w pracy, do tego telefon, bez którego, jak bez ręki i który co chwila przypomina mi, że mogę coś przegapić. Na przykład cappuccino w kształcie chomiczego zadka, albo kolejny powalający występ jakiegoś uczestnika X-factor. Nie powiem, to są wszystko ważne rzeczy i ja je wszystkie chętnie oglądam, ale jednak moje życie nie zubożałoby nadto, gdybym na nie nigy nie trafiła w odmętach internetu. I kiedy wchodzę do domu po południu i zamykają się za mną drzwi, mam ochotę wrzucić telefon w odmęty torby, komputer wsunąć w najciemniejszy kąt i przez chwilę po prostu żyć. W ciszy. Nie dosłownie oczywiście, bo w naszym domu, to ciszy nie było od dobrych paru lat i ja szczerze myślę, że cisza już nie pamięta gdzie my mieszkamy i…

Vernazza

‚Hej Aga! Weź w końcu napisz coś jeszcze o tej waszej wycieczce, bo czekamy w napięciu, żeby zobaczyć, co tam jeszcze widzieliście.’ Spoko, loko, już nadrabiam, bo jest niedziela i miło poudawać, że jeszcze lato się nie skończyło, skoro na dworze świeci słonko. Bo u mnie świeci. Gorzej, jeżeli człowiek da się zwieść tym złocistym promieniom i wyjdzie bez kurtki, szala i czapki, wtedy szybko się orientuje, że lato, to tylko odległe wspomnienie z przed dwóch tygodni. Wspomniałam Wam w poprzednim poście, że przez Cinque Terre przewinęła się w trakcie naszej wizyty przynajmniej połowa populacji USA. Szacuję na oko, bo w pewnym momencie już pierwszego dni przestałam ich liczyć. Pomijając ujmującą urodę wszystkich pięciu miasteczek, bo one są po prostu śliczne – kolorowe, słoneczne, z drzewami uginającymi się pod ciężarem kiwi, cytryn, czy innych granatów i  malowniczo powiewającym praniem suszącym się w oknach – więc pomijając to wszystko, to naprawdę…

Levanto, rzut beretem od Cinque Terre

Mieliśmy parę lat temu z Najukochańszym Małżonkiem taką szaloną przygodę, że pojechaliśmy sobie na wakacje do Włoch. Do było za czasów przed smartfonami, więc w innej epoce. Pojechaliśmy bez bookowania noclegów, bez nawigacji, bez planu podróży. Tylko my, atlas drogowy Europy, namiot i pożyczone od mojej mamy Clio. Totalne yolo! Znajomy polecił nam kilka fajnych miejsc do odwiedzenia we Włoszech i sprawdzaliśmy tylko na mapie, które z nich mamy po drodze, bo plan był taki, że objedziemy cały but. Mieliśmy kilka tygodni i nie mieliśmy wtedy dzieci. To były wakacje życia. W tym roku, w końcu wszystkie nasze dzieci są odpieluchowane i na tyle duże i łatwe w obsłudze, że postanowiliśmy pojechać na rodzinne wakacje. No wiecie, żeby trochę wygrzać się w słoneczku, skoro całe lato nad Bałtykiem lało. Ja wiem, że może frajerzy z nas, że nie wybraliśmy się na rodzinne wakacje wcześniej. Pewnie, że można jeździć z mniejszymi…

Wróciliśmy do domu

Dostałam od rzeczywistości z liścia wczoraj po południu. Bolało tym bardziej, że jeszcze rano stałam przcież na włoskiej ziemi. Żeby wszystko było jasne, to nie jest żadna metafora z tym liściem. Wracałam z przychodni z Alicją i spadł mi na twarz , wśród kropli zimnego deszczu, MOKRY liść. Bo przecież tak właśnie wyglądają powroty z wakacji, prawda? To nigdy nie jest powolne przejście. Powroty z wakacji są jak wepchnięcie rozgrzanego człowieka do zimnego jeziora, kiedy ten opala się na pomoście. Człowiek nie wie do końca, co się dzieje i jedyne, co może, to próbować wypłynąć na powierzchnię. Że nie wspomnę, że można od obydwu tych rzeczy dostać szoku. W naszym przypadku również termicznego. ZIMNO JEST. Jest jeszcze ciekawiej, jeśli mogę dodać coś jeszcze do tej lawiny narzekań, mianowicie jesteśmy wszyscy chorzy. Oprócz Lili, co jest dziwne, bo ona zawsze jest pierwsza w chorowaniu. Wybrałam się zatem do lekarza, żeby osłuchali…

10 drobnych przyjemności, które zrozumie tylko matka

Od kiedy zostałam matką, stałam się wzorem cnót. Przynajmniej wtedy, kiedy dzieci patrzą. Świecę zatem przykładem, niosę kaganek oświaty, odejmuję sobie od ust, by zadowolić dzieci, walczę z zarazkami, pilnuję porządku, doglądam. Gdybyście znali mnie za młodu, pewnie byście robili zakłady o to, czy raczej własne dziecko niechcący zepsuję, czy może zgubię. Jestem raczej typem gapy. I to takiej mocno nieogarniętej. Ale, chwalić Boga, sześć lat minęło i okazuje się, że jestem w matkowaniu całkiem dobra. Dzieci całe i zdrowe. Przynajmniej bardzo staram się być dobra w matkowaniu, bo to wcale nie jest takie proste. Nie dość, że jurorki surowe, to jeszcze wszelcy postronni wtrącają się na każdym kroku. Wiemy, jak jest. Ja tu nie o tym. Zmierzam do tego, że wszystkie matki mają tak, że chcą być po prostu dobrymi mamami. Mamy misję. Musimy wychować porządne istoty ludzkie. A to nie jest takie hop-siup, presja razy milion. Całe szczęście,…

PLAŻING, SMAŻING – weź się rusz z tego koca

Okrutnie mi żal tych dzieci, co biegają co chwila do tych rozżarzonych zwłok swoich rodziców na kocach na plaży, żeby im pokazać muszelkę, albo meduzę, albo patyka. I tak żebrzą, żeby chociaż spojrzeli spod tych skwierczących od słońca powiek. A rodzice otwierają oko, żeby sprawdzić, gdzie browar stoi, mówią, że super, biorą łyka i kładą się smażyć z powrotem. Jeżeli Wam zaleciało patologią, przez ten browar, to ja wcale nie koloryzuję. Ja też lubię pić piwo na plaży, ale na litość Boską, przydało by się trochę pouczestniczyć we wspólnych wakacjach! A to trochę wygląda tak, że starzy sobie, a dzieci sobie. No ale starzy przecież urlop mają. Należy się relaks i święty spokój. No niestety. Wolne to może macie od pracy, drodzy rodzice, ale nie od opieki nad potomstwem. Mniejsza o ten browar. Mniejsza o to leżenie plackiem. Ja tego nie ogarniam, bo mam na tyle małe dzieci, że jakbym…

MECZ

Ta historia ma swój początek nie tak dawno, dawno temu. W krainie Bursztynowego Stadionu. W dniu, w którym moja pierworodna córka, oglądając Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej z moim, nawiasem mówiąc, mężem, stwierdziła, że ona „tak bardzo chce iść na mecz”. Wtedy właśnie się zaczęła. Najukochańszy Małżonek wyszkolił Lilę bardzo dobrze. Okrzyk „POLSKA!” z potrójnym przyklaskiem wychodził jej koncertowo. Wiedziała, którzy to nasi i czy są przy piłce. Poczuła klimat. Stała się kibicem. Ale mecze w telewizji pozostawiały niedosyt w jej dziecięcym serduszku i każdorazowo, natykając się na kolejny taki mecz, pytała, czy kiedyś moglibyśmy się wybrać na „prawdziwy”. Zabraliśmy ją, co prawda, na Stadion Lechii na Dzień Dziecka, ale po co komu stadion, na którym nikt nie gra? Temat wisiał zatem nad nami, jak smok Daenerys nad wojskami Lannisterów. Do czasu… Ja wam zawsze powtarzam, że marzenia się spełniają! A nam, to tak często, że aż trudno to zliczyć.…

Navigate