Aga

9 Posts Back Home
Matka Polka Pracująca,

CO CHCESZ NA ŚWIĘTA? czyli my tu szał zakupów, a planeta umiera

Czy w Waszych domach babcie też zawsze mówiły „Mi nic nie trzeba, po co w ogóle prezenty?”. Kiedyś słyszałam to od babci, teraz powtarzają to hasło mama i teściowa. Kiedyś nie pojmowałam, jak święta mogłyby istnieć bez góry prezentów pod choinką. Wiadomo, że prezenty to gruba część świątecznego klimatu. Do tego jeszcze bajka o Świętym Mikołaju i o nagrodzie za bycie grzecznym przez cały rok. Nawet dorosłym trudno jest przestać wierzyć. „Co chesz od Mikołaja?” Najprawdopodobniej wszystko masz. Czarny piątek był parę tygodni temu, to sobie nakupiłaś. Zaczyna się panika. Czas do Świąt topnieje szybciej, niż śnieg, który pada od paru dni. Stres w pogoni za prezentami skutecznie psuje świąteczna atmosferę i miłość do bliźnich. A „Dziadka do orzechów” znacie? Mnie fascynuje moment na samym początku, kiedy dzieci czekają, aż dorośli położą podarunki pod choinką. Bez ściemniania, że ktoś się będzie z worem ładował przez komin. Matko, o ile łatwiej…

SWOJE PIENIĄDZE – o trudnych wyborach i braku ambicji

Pamiętam, jak kilka lat temu, chodziłam z wózkiem na spacerze nad morzem i miałam straszną ochotę na kawę. Ala jako roczne dziecko budziła się w nocy po kilka razy. Czasem mam wrażenie, że nadal odsypiam pierwsze dwa lata jej życia. No więc chodziłam sobie marząc o tej kawie i w myślach smakowałam łyk za łykiem, bo niestety, to nie wstyd, nie było mnie stać na kawę na wynos za kilkanaście złotych. Ani na sukienkę, którą sobie wyśniłam, ani na drogi krem do facjaty. i to wcale nie było tak, że bieda u nas piszczała. Mieliśmy za co żyć, nie zrozumcie mnie źle, ale nie mieliśmy tyle hajsu, żeby go trwonić na pierdolety. Albo inaczej, ja nie miałam swoich pieniędzy, które mogłam wydawać na pierdolety. Nie było też tak, że mój mąż mi kiedykolwiek czegoś żałował, ale to był taki moment w moim życiu, że fizycznie nie miałam swojej kasy. No…

SZYBKI KALENDARZ ADWENTOWY

Witajcie! Jest pierwszy grudnia, więc nareszcie wszystkie kalendarze świata mogą zacząć odliczać dni do Świąt. I to jest też ostatni dzwonek, żeby naprędce zmontować kalendarz adwentowy! Szanująca się blogerka poczęstowałaby Was tym postem ze dwa tygodnie temu, ale jesteście u mnie i tu standardowe rozwiązania nie obowiązują. Na przypale, albo wcale, jak mawia Monika Pryśko. To hasło, to ostatnio moja dewiza. Zresztą, nikt nie powiedział, że kalendarza adwentowego nie można wywiesić po Mikołajkach, bo właśnie tak zrobiłam parę lat temu 🙂 I nikt się wtedy w domu nie oburzył, bo moje dzieci, to nie znają się zbytnio nawet na dniach tygodnia, a co dopiero na kalendarzu… No, ale w tym roku bardzo chciały, bo się im przypomniał ten kalendarz, którym je uraczyłam trzy lata temu, a który był, mówiąc miedzy nami, wpizdu pracochłonny i niekoniecznie estetyczny (widać go na zdjęciach we wpisie, przepisem się nie dzieliłam, bo najpewniej było dawno…

WOLNY CZAS I CZAS, KTÓRY ZWALNIA

Może to ta jesień. Bo zdaje się, że dni mijają, jak minuty. A może to tylko resztki wirusa w kościach, ale jakoś inaczej płynie czas ostatnio.. Po kątach leżą niedoczytane książki, stosik rzeczy, które wymagają zreperowania, bo dziura na kolanie, albo guzik odpadł. Piekarnik nie pamięta, jak to jest upiec ciasto. Pewnie tęskni za czymś słodkim, a nie, ciągle tylko tosty z serem… A przecież jesień idealna jest do pieczenia. W grubych książkach prasują się liście na te wyklejane obrazy, które mamy zrobić od tygodnia. Nie ma czasu. Doba jest za krótka. Maszyna do szycia stoi nie ruszona, od kiedy została kupiona, podobnie, jak te spodnie, które miałam sobie zwęzić na jesień.. rok temu. Dwa lata temu z kolei, kupiłam drewniane druty na Allegro, dzieci używają je jako pałeczki do cymbałków – te druty pewnie same nie wiedzą do czego służą, bo wełny to one nie widziały w swoim rękodzielniczym…

DŁUBANIE W DYNI 2018

Każdy ma swoje tradycje. Nie ma co się szarpać o to, które są lepsze. Palenie zniczy na grobach pierwszego listopada i zabawa halloweenowa wieczór przed, nigdy się dla mnie nie wykluczały. Moja babcia wierzyła, że w ostatnią październikową noc duszyczki schodzą na ziemię i zazwyczaj pierwszego listopada była mocno niewyspana, bo bardzo się tym wydarzeniem przejmowała. Zostawiała dla duszków krzesła, kanapy i fotele w takiej konfiguracji, żeby nic ich nie zastawiało, musiały być łatwo dostępne dla duszyczek, chowała ostre przedmioty, żeby żaden się nie skaleczył i nigdy nie szyła, żeby czasem nie przyszyć zabłąkanej duszyczki razem z guzikiem. Miła tradycja, mimo posępnego wydźwięku. Mi się to wszystko bardzo ładnie zgrywało z przebierankami i straszeniem, może dlatego Wszystkich Świętych trwa dla mnie dwa dni. Chociaż nie śmiałabym hałasować po północy, żeby żadnego duszka nie urazić, ani nie spłoszyć. U nas, czyli u Psotków, tradycja jest jeszcze jedna, bo dłubie się na…

SOBOTA NA DYNIOWEJ FARMIE

Przyznam się bez bicia, że łatwo mnie namówić do świętowania czegokolwiek. I ło matko, jak mi się podoba, jak Ci Amerykanie świętują październik. Halloween, to już wiadomka – u nas na chacie odbędzie się trzeci rok z rzędu. I już teraz robimy wstępny plan na haloweenową imprezę, ale Halloween to jeden wieczór, a październik jest długi i piękny i można jeszcze spędzać czas na powietrzu i w sumie już od września jarać się, że dynie owocują. Zupy robić, ciasta piec, rzeźbić w tym miąższu. No i komu by w sumie przyszło do głowy, żeby zrobić imprezę z kupy dyń wyłożonych na świeżym powietrzu. Tylko Amerykanom. Oni do wszystkiego podchodzą z szalonym entuzjazmem Świętego Mikołaja na prozaku. Zawsze mnie fascynował pomysł odwiedzania takiej farmy. W sensie nie bardzo rozumiałam przesłanki. Bo warzywniak w sumie pod blokiem, więc po co? No zdjęcia ładne w sumie, ale żeby zaraz za miasto po zdjęcie…

CZTERY LATA TEMU

Całe lato odkładałam prasowanie na później. Każdego wieczora. No sorry, ale prasować w upale to ja nie lubię. Wszystko, czego można było nie prasować, olewałam, ale wyprawka dla noworodka to musi być przecież wyprasowana, że mucha nie siada, więc kiedy spojrzałam tego wieczora na tą górę, postanowiłam, że w końcu muszę się za to zabrać. Bo nie zdążę przed porodem. A to jeszcze tylko dwa tygodnie. Wszystko się może zdarzyć. To była dwudziesta druga. Odpaliłam serial, usiadłam i przerobiłam całą tą ogromną górę prania. Zeszło mi do wpół do drugiej. Wszystko sprzątnęłam i położyłam się spać. Miło było się wyłożyć na łóżko. W dziewiątym miesiącu znalezienie wygodnej pozycji graniczy z cudem, ale pamiętam to uczucie błogości i jeszcze ulgi, bo udało mi się poprasować Kilimandżaro dziecięcych ubranek, które rosło w kącie sypialni przez wakacje. Uff. Co za ulga. Zasnęłabym od razu, taka byłam zmęczona i właśnie wtedy poczułam jak dzidziuś…

LILA ZACZYNA SZKOŁĘ

Straszny przeżywam powrót do przeszłości przez ten początek roku szkolnego. Lila lada dzień zostanie pierwszoklasistką i co chwila przypominam sobie na przemian moje własne pierwsze dni w podstawówce i różne sytuacje z okresu, kiedy Lila była dzidziusiem, albo, kiedy zaczynała przedszkole. Strasznie zleciało te siedem lat! No i w ogóle ostatnie dwadzieścia parę lat. Przypomina mi się na przykład apel na rozpoczęcie pierwszej klasy, przeprowadziliśmy się wtedy do Straszyna i wszystko tego dnia było nieznane i nowe. Albo, jak w pierwszym tygodniu dostałam burę przy całej klasie, bo rzuciłam kolesia pomidorem w plecy. Był ze starszej klasy, otwierał drzwi do naszej sali, z której nie wolno nam było wychodzić na przerwę, bo byliśmy pierwszakami i dokuczał nam, wyśmiewał się z nas, a potem uciekał – no dupek – no więc kiedy tak biegł, rzuciłam mu w plecy pomidorem z drugiego śniadania. Przyszedł z brudnym na plecach fartuszkiem, płacząc, jak mały…

NIEWYGODNE PRAWDY o aparacie ortodontycznym

Zdjęli mi górny łuk. Radość miesza się w moim sercu z goryczą, bo chyba pęknę z tęsknoty za moim kochanym aparacikiem! Żarcik! Czuję się wolna, niczym ptak! Rozważasz założenie aparatu? Już sam fakt, że rozważasz, pozwala stwierdzić, że pewnie powinieneś / powinnaś zaszaleć i wydać te 10tysięcy (mój gabinet przygotował kiedyś kosztorys dla którejś z klientek i tyle mniej-więcej kosztowało jej leczenie). Koniec końców warto. Ale skoro przebrnęłam przez ten proces, to się podzielę moimi refleksjami. Pozwól, że bez lukru opiszę Ci, na co się decydujesz. Zacznijmy od tego, że to wcale nie jest tak, jak się wydaje, że będzie. Wszyscy klepią po ramieniu, ale ostatecznie, jesteś tylko Ty i aparat. Decydujesz się na dwa lata z okładem w Azkabanie, zaklętym w garść metalu, umieszczonego w Twojej własnej paszczy. Ale w głębi duszy chcesz tego, więc w końcu to robisz. Z aparatem ortodontycznym jest trochę jak z porodem. I tak…

Navigate