KWARANTANNA

Hej,

Wpadniecie na kawę? Wirtualną rzecz jasna, bo wirus. Zdrowi jesteście? My jeszcze tak, a ten nagły zwrot akcji w postaci wiecznego zamknięcia, zainspirował mnie do napisania do Was, bo czas zrobił się jakiś taki bardziej elastyczny ostatnio. Pokażę Wam jak tam u nas na kwarantannie.

Gdzieś z tyłu głowy, zawsze miałam wizje końca świata. Rozmaite, bo mam bujną  wyobraźnię. Lubię filmy o zagładzie ludzkości, wiecie – apokalipsa zombie, atak kosmitów, tajemniczy wirus zabijający w ekspresowym tempie miliony ludzi(!). Tak właśnie zawsze wyobrażałam sobie koniec świata. Szybko i brutalnie. To się lepiej ogląda. Wszyscy wiemy, jaki przebieg faktycznie ma zmierzch naszego świata. Raczej nikt by tego filmu nie chciał oglądać. Bohaterowie siedzą na dupie w domach, gapiąc się w Netflixa. Tak wygląda kres naszej cywilizacji 🙂 Chociaż może to jeszcze nie koniec. Może to wersja demo? Taki samouczek, jak w grach, żebyśmy wiedzieli, co nas czeka i w co się zaopatrzyć w razie czego. Papier toaletowy i drożdże. To trzeba mieć w ekwipunku, kiedy przyjdzie nam się mierzyć z apokalipsą. Przynajmniej w realnym życiu. Baterie, latarka, sznurek i prosta broń, to tylko w bajkach.

Mija drugi tydzień kwarantanny. Moje dzieci twierdzą, że w ogóle im się nie nudzi w domu, i że to super, że jest ta kwarantanna. Dziwne, że kiedy tylko usiądę do laptopa, bo przecież pracuję z domu, raptem robi się taka nuda, że aż dusi i dławi. Odbiera wszystkie dobre pomysły i siły witalne. Z tymi siłami witalnymi, trochę czaję. Codziennie obiecuję sobie, że oporządzę się, jakbym faktycznie szła do pracy – hair, mejkap, wiadomo, ale zamiast tego, siedzę w piżamie, dopóki nie zbudzi się reszta towarzystwa i nie jest pora ogarnąć śniadania. A potem wcale nie jest lepiej, bo piżamę zamieniam na dresy. Nie narzekam, bo marzyłam, żeby pracować w domu od bardzo dawna, tylko trochę inaczej to sobie wyobrażałam. Wyobrażałam sobie kreatywne loty umysłu w pustej przestrzeni mieszkania, w której nie ma dzieci, bo pilnie się w tym czasie uczą w placówkach oświatowych. No nie tak to wygląda. Lotów jest niewiele. Umówmy się, nauczanie domowe i home office to nie jest przepis na sukces. Ale czy to ważne? Jesteśmy razem, przytulamy się tysiąc razy dziennie, zwiększamy limity na granie na konsoli, odkurzyliśmy Chińczyka, bo w co innego można grać w czasie chińskiego wirusa?(mnie śmieszy). Najdroższy Mąż nauczył się piec bułki, bo okazuje się, że nasze dzieci głównie żywią się bułkami i mlekiem, co przed zarazą nie rzucało się specjalnie w oczy. Przez internet nazamiawiał mąki i drożdży i będzie piec. Dzieci planują przekuć to w interes i sprzedawać te bułki, bo – cytując – „wszyscy powinni zobaczyć, jakie są pyszne”. Przecież za darmo nie będą rozdawać, w dobie kryzysu ekonomicznego! Nie będę Wam pisać, o tym , że dzieci kłócą się o coś codziennie, Lila płacze nad lekcjami, bo są i czasem człowiek ma ochotę po prostu wyjść, a przecież nie wolno, a w dodatku balkon ma metr na metr. Nie będę pisać, bo to są drobiazgi. Dajemy radę. Mam nadzieję, że Wy też.

Bądźcie zdrowi.

3 komentarze

  1. Avatar

    Dajemy dajemy, co mamy nie dac:) jeszcze tylko Slonca i wiosny zeby czlowiek mogl okno otworzyc i bedzie bajka. Uczymy sie madrze gospodarowac tym co mamy, odkrywamy co tez jest pochowane w Internecie, staramy sie nie nartwic problemami innych ludzi i czarnymi scenariuszami wlasnymi. Biezace problemy, czyli czyja teraz kolej na zmiane kupy w majtach, to jest to czym sie moge zajac.

    • Aga
      Aga Reply

      Tylko te wyjazdy „na robotę” do Lida czy Biedronki burzą spokój 🙂

Zostaw komentarz

Navigate