PO CO SIEDMIOLATKOWI SMARTFON? i co robić, kiedy dziecko o niego poprosi

Nie czuję się wystarczającym autorytetem, aby udzielać rodzicielskich porad w internecie. Co innego ploteczki z psiapsiami nad kawutką, co innego dzielenie się mądrościami z obcymi ludźmi. Nie piszę Wam zatem poradników jak odpieluchować, nauczyć sprzątania, czy jak rozmawiać z dzieckiem, bo to wszystko są rzeczy, których uczę się w praniu razem z moimi dziećmi i mężem, a wychowanie to taki element życia, który stale usprawniamy w naszym domu, który ewoluuje razem z nasza rodziną, więc jakże mogłabym.. Dzisiaj będzie pierwszy raz, bo ostatnio znajoma mnie zachęciła, sprzedając nasz sposób na dziecko żądające smartfona innej znajomej i ponoć jest niegłupi. Skoro już tak stwierdziła, podaję dalej.

Jak wiecie, Lila poszła we wrześniu do pierwszej klasy. Wkroczyliśmy zatem na kolejny level wyboistej rodzicielskiej rozgrywki. Pierwszy problem wychowawczy pojawił się już w pierwszym tygodniu nauki. Oczywiście totalnie niespodziewany. Nasza córka zaczęła domagać się telefonu komórkowego. Wszystkie dzieci rzekomo posiadały smartfony, z wyjątkiem naszego dziecka. Gadki na temat telefonu pojawiały się oczywiście wcześniej, bo to a kuzynka ma, a ktośtam, ale zazwyczaj zbywaliśmy je typowym argumentem, że tamte dzieci są starsze i dlatego mogą już mieć własne telefony. I to wystarczało. Argument umarł w momencie, kiedy smartfonami zaczęli chwalić się rówieśnicy. Problem się urealnił.

Niech mi ktoś wyjaśni, proszę ja Was uprzejmie, na jaką cholerę siedmiolatkowi smartfon? Ja kumam, że dla kontaktu, dla bezpieczeństwa. Ale czy to jest naprawdę bezpieczne dawać dziecku telefon za półtora tysiąca?(minimum) Pomijając, że może zgubić, albo zepsuć, to przecież siedmiolatki jeszcze nawet czytać nie potrafią, z założenia. Czy to nie wysyła sygnału, że rodzicom dziecka nie brakuje pieniędzy, skoro tak sobie szastają hajsem? Bo ja to tak czytam. I domyślam się, że nie tylko ja. I to nie jest sygnał zapewniający dziecku bezpieczeństwo. Chyba, że rodziców stać dodatkowo na ochroniarza, to wtedy luz. Jaka pewność, że jakieś starsze towarzystwo nie będzie chciało obrobić malucha? I to też nie wszystko. Dziecko nie chce mieć smartfona, żeby móc dzwonić do mamy przecież. Na moje dzieci telefon komórkowy działa jak lep. Potrafią go sobie odblokować bez problemu i mają w moim telefonie swoje ulubione gry (dwie!), ale odganiamy je od technologi jak muchy od talerzy z żarciem. Telefon zżera czas i uwagę. Niby każdy to wie, a przecież nawet dorosłym trudno jest ograniczyć czas przed ekranem. Telefon wciąga. Na co on komu w szkole?

Przysłowiowy klucz na szyi dynda już niekiedy na szyjach pierwszoklasistów, ale jeżeli chodzi nam o bezpieczeństwo dzieci, możemy przecież zainwestować w smartwatcha. Jest kontakt, jest bezpieczeństwo, a przynajmniej dzieciak nie siedzi z nosem w grach i nie dłubie w internecie zamiast żyć ostatnimi chwilami prawdziwego dzieciństwa. Szkoda mi, że ten okres, który jeszcze powinien być niewinny, powoli się kończy. Trochę na przekór rzeczywistości i jej życzeniom, próbuję zatrzymać dla Lilki czas. Telefon to dla mnie furtka do dorosłego świata,jeszcze nie pora, dlatego przyjęliśmy pewną strategię. Zahaczyliśmy już wszystkie możliwe z poniższych opcji, z powodzeniem unikając uzbrojania Lilki w wypasionego smartfona, więc jeśli i Wam dzieciak wierci dziurę w brzuchu, zapraszam do lektury. Może i u Was się sprawdzi.

  • Obiecaliśmy Lili, że owszem dostanie telefon, ale dopiero wtedy, kiedy nauczy się pisać i czytać, bo te umiejętności są potrzebne do korzystania z telefonu. Chociażby po to, żeby nie naściągać badziewia z internetu, że o pisaniu wiadomości nie wspomnę. (Wam też dzieci wysyłają wiadomości pełne emotikonek?) Wyjaśniliśmy też, że telefon jest potrzebny, kiedy dziecko musi chodzić gdzieś samo, żeby zawsze miało kontakt z rodzicami, a ponieważ u nas nie ma takiej potrzeby, telefon jest jej niepotrzebny. I wiecie co? Zrozumiała. Bez lamentów. Umówiliśmy się, że pogadamy o telefonie, kiedy nauczy się pisać i czytać, albo kiedy będzie taka potrzeba.
  • Czasami telefon jest dziecku faktycznie potrzebny. Ale kto powiedział, że to musi być od razu smartfon? Mały kroczkami. Można kupić najtańszy telefon na próbę i potestować go pół roku z obietnicą upgrade’u. U nas potrzeba uzbrojenia Lilki w telefon pojawiła się niestety już po paru tygodniach i wtedy mój genialny mąż kupił telefon w Biedrze za 3dychy. Taki z guziczkami. Ależ nasza córka była szczęśliwa i dumna. Dzwoniła do całej rodziny, żeby im podać swój numer (oczywiście uczuliliśmy ją, żeby nikomu poza bliską rodziną nie dawała numeru telefonu!). Nie miała okazji pochwalić się nim w szkole i może to i lepiej, bo jej guziczkowy telefon pewnie nie zrobiłby na smartfonowym towarzystwie wrażenia, ale przynajmniej mogła mówić, że ma telefon.
  • Sytuacja zmieniła się po raz kolejny, kiedy pojechałam do Chin. Ponieważ planowaliśmy rozmawiać na Facetime, kiedy już inne rodzaje kontaktu zawiodą, co w Chinach jest bardzo częste, numer Lilki dostał mieszkanko w moim starym Iphonie 4. Niestety już go potem nie opuścił, ale w sumie rozwiązał nam się tym samym problem z tematem smartfona. Kolejnego marudzenia na temat spodziewam się za jakieś trzy lata. Telefon ma mało pamięci, więc nie ma miejsca na gry. Działa whatsup i ma aparat, a to chyba największa wartość dodana. Jeżeli nawet zgubi się, albo zepsuje, nikt nie będzie po nim płakał (no może poza Lilą..). Lila nie bierze go nigdy do szkoły, bo nie ma takiej potrzeby, a w razie czego, może go na przykład zabierać na wycieczki. I najważniejsze – nie ma w nim ani jednej gry. Telefon służy do dzwonienia – tak to argumentujemy. A brak miejsca na gry, ułatwia sprawę. Dzięki temu zazwyczaj leży na półeczce i Lila się nim za mocno nie interesuje. Jestem pewna, ze gdyby zainstalować tam chociaż jedną grę, grałaby w nią w kółko do nieprzytomności.

Ja wiem, że te wypasione telefony, które dzieci noszą do szkoły, to są zazwyczaj spadki po rodzicach, ale pierwszy telefon to naprawdę powinna być jak najtańsza opcja. Taki telefon, którego nikt nie będzie chciał ukraść, od którego nie zbaranieją koledzy w klasie i nasze własne dziecko przy okazji też.

Dodalibyście coś jeszcze do sposobów na dziecko żądne smartfona? Chętnie wypróbuję w razie kolejnej takiej akcji.

2 komentarze

  1. Ciekawe czy taka strategia zadziała, kiedy ja będę miała dziecko żądne telefonu 😀 Bardzo to mądre co piszesz i zastanawiam się, czy można dziecko nauczyć mądrego korzystania z technologii. Dla nas przyszła niespodziewanie, może dlatego tak łatwo jest nam wpaść w jej pułapkę? Chociaż jak pomyślę o telewizji, która przecież już istaniała jak się urodziłam, a działa na mnie hipnotycznie, to mam wątpliwości.

    • Aga

      Z tym mądrym korzystaniem , to jest raczej kwestia samokontroli, a tego trudno od dzieci wymagać. Ale można kształtować dobre nawyki, co szczerze staramy się robić 🙂

Zostaw komentarz

Navigate