TRAKTAT O FAST FASHION

Mam już po dziurki w nosie zakupów odzieżowych. Nie lubię łazić po sklepach na żywo, bo za dużo tego, że oczopląsu idzie dostać, za głośno, za jasno i ludzi pełno. A w internetach, jak już kupię, to ZAWSZE rozczarowanie. Jednak Photoshop w starciu z rzeczywistością wygrywa. Przeceny kuszą, a im głośniej to robią, tym bardziej mam ochotę schować się w jakąś  bardzo głęboką norę i tam doczekać do lata, kiedy to człek potrzebuje zdecydowanie mniej ubrań do obleczenia swojego jestestwa. Chcę mniej kupować. Chcę mniej mieć.

Ja mam spory zonk moralny z tym całym kupowaniem ciuchów i może dlatego tego nie robię. Pracując w branży odzieżowej i starając się żyć ekologicznie, często zastanawiam się, jaki wpływ moja praca ma na nasze środowisko. I na ile winna powinnam się czuć, projektując odzież, bo w końcu przemysł odzieżowy jest w czołówce „zanieczyszczaczy” środowiska… Istnieją porozumienia, certyfikaty i regulacje, które mają na celu ochronę ludzi i środowiska naturalnego w Azji, gdzie produkowana jest większość ubrań dla zachodnich sklepów, ale na ile faktycznie zmieniają one życie ludzi na miejscu i na ile chronią przyrodę, to już inna kwestia. W Bangladeszu widziałam dzieci wychodzące z fabryk, mimo, że większość fabryk podpisuje umowy, wedle których nie będą zatrudniać nieletnich. Co z tego, że to nie były nasze fabryki! Dla kogoś te dzieci szyją, siedząc przy maszynie do szycia przez cały dzień. Dla jakiejś zachodniej marki. Dla Ciebie i dla mnie pewnie też. Na ile te wszystkie porozumienia mają przełożenie na rzeczywistość, a na ile przed każdą wizytą ludzi z zachodu, przygotowują tam teatrzyk, żeby wszystko wyglądało cacy? No i niezależnie od tych wszystkich regulacji, umów, oczyszczalni i filtrów, nie można przemilczeć faktu, że rok rocznie firmy odzieżowe produkują miliony sztuk odzieży. MILIONY. Robią to, ponieważ jest na nie popyt. Klient chce dużo taniego ciucha w sklepach. Powiedz mi, jak często kupujesz coś w pierwszej cenie? A jak często czekasz do wyprzedaży, żeby było taniej? Jesteśmy rozpieszczeni wyprzedażami. Kiedyś na parę jeansów zbierało się miesiącami, dzisiaj można je kupić za grosze w każdej sieciówce. Mieliśmy mniej ciuchów, ale za to były dobrej jakości i służyły latami, przez co warte były swojej ceny. Dzisiaj większość ciuchów w sklepach to szmaty na jeden sezon. Dlatego też nie mamy ochoty płacić nie wiadomo ile. Koło się zamyka. Wszyscy dokładamy swoją cegiełkę do tego wariactwa. I powoli wszyscy jesteśmy tym zmęczeni, co nie?

Ciuchów produkuje się dużo więcej, niż ich faktycznie potrzeba. A my, przyzwyczajeni do niskich cen dwa razy do roku, nie zawracamy sobie już głowy reperowaniem ubrań, po prostu wywalamy i kupujemy nowe. Hałdy łachów rosną każdego roku na wysypiskach. Wiedzieliście, że poliester w zależności od jakości rozkłada się od kilkudziesięciu do kilkuset lat? Gdzieś, w jakiejś radiowej audycji słyszałam nie tak dawno, że gdyby teraz stanęły wszystkie odzieżowe fabryki świata, ludzkości wystarczyłoby ubrań na najbliższe czterdzieści lat! Mi to działa na wyobraźnię.

Do zakupów skłania nas częściej moda, albo kaprys, niż faktyczna potrzeba. Ktoś policzył, że nowy ciuch zakładamy średnio około 5ciu razy, zanim się go pozbędziemy. Aż trudno uwierzyć, jak szybka jest fast fashion, prawda? To ja już wolę nie kupować kolejnej sukienki z Zary na lato. Ja nie mówię, żeby zaraz przestawić się o 180stopni i nie kupować wcale, ale o tym, żeby nie kupować rzeczy, które nie są nam potrzebne. Chodzi o to, żebyśmy mieli świadomość tego, że napędzamy produkcję nikomu niepotrzebnych ciuchów.

Takie właśnie wątpliwości targają moi sercem w trakcie pracy i zakupów. I tak sobie rozkminiłam, że jedyne, co tak naprawdę mogę zrobić, żeby spać spokojnie, to kupować z głową. Kupować to, co niezbędne. Ale, jak to zrobić, kiedy się lubi mieć nowego ciucha? Bo ja jednak lubię mieć nowe rzeczy w szafie. Całe szczęście są sposoby, żeby odświeżać garderobę bez łażenia po wyprzedażach. Mało tego! Nawet bez wychodzenia z domu! Gorąco namawiam Was na przykład na urządzanie wymianek ubrań wśród znajomych. Swap party zrobiły się ostatnio bardzo popularne i powiem szczerze, że wolę je od wycieczek do lumpeksów, z których zazwyczaj wychodzę z pustymi rękami. No nie umiem szukać, no. Lumpeksy to zresztą też super opcja zastępcza dla tradycyjnych zakupów. Kto upolował wełniany sweter za 8zł, albo skórzaną kurtkę za dychę, ten wie, ze jednak czasem warto zajrzeć. Niektórych przed wizytą w lumpie powstrzymuje kwestia higieny, ale jeśli myślicie, że ubrania w sklepach są czyste, to pędzę Was poinformować, że nie są. Są ponad to przesiąknięte chemikaliami, które mają je w transporcie statkiem chronić od wilgoci, grzybów, robali i wszystkiego, co miałoby ochotę się w nich zagnieździć po drodze. Miesiąc na statku to jednak kawał czasu. Na szczęście wypłukują się w praniu i z czasem wietrzeją. W tym kontekście używane, jest nawet lepsze niż nowe.

Ostatnio coraz częściej przeglądam oferty polskich marek. Czuję, że lepiej wydaję pieniądze, kupując rzeczy robione w Polsce, w mniejszych firmach. A im więcej zastanawiam się nad zakupami, tym mniej wydaję, bo nie kupuję pod wpływem impulsu, rzeczy niepotrzebnych.

A jak jest u Was? Często wpadacie w wir zakupów? Wolicie sieciówki, czy małe sklepy? Dajcie znać, co myślicie?

9 komentarzy

  1. Ha! Pracowałam na stanowisku projektantki w firmie szyjącej ubrania dla dzieci i miewałam podobne rozkminy 😉 Co prawda produkcja naszych odbywała się w Polsce, i co za tym idzie ceny nie bardzo pozwalały na traktowanie tych ubrań jako fast. Ale nie raz zastanawiałam się nad moją rolą w napędzaniu konsumpcyjnej machiny 😉 Na ile produkujemy potrzebne produkty, a na ile produkujemy potrzebę posiadania. Ostatecznie dzieci w czymś chodzić muszą i jak nie ja, to kto inny to będzie robił, a żyć trzeba. A poza tym zwyczajnie miło jest mieć ładne rzeczy, no…
    I taką miałam jeszcze refleksje, że tak, to fajnie że ubrania są szyte w kraju, że są porządne, że trzeci świat nie płaci za nasze zachcianki. Problem w tym, że ceny tych ubrań były takie, że kobiet, które je produkowały zwyczajnie nie było na nie stać. Przykre.
    Nie tak przykre oczywiście jak (przeczytane w „Głodzie” Caparrosa) historie kobiet z Bangladeszu, które żyją w nędzy i nie codziennie mają na jedzenie POMIMO tego, że pracują 6 dni w tygodniu po 10-12 godzin.

    Ja jestem miszczem w lumpeksy, jakieś 80 procent moich ubrań pochodzi właśnie stamtąd. Tak sobie radzę z moralnymi dylematami – kupuję to co wzgardzone i daję im drugie życie 🙂 Ale z tym też można przesadzić, zwłaszcza, że jak kupuje się tak tanio, to szafa lubi się potem nie domykać; był taki czas nadmiaru w mojej historii. Teraz już trochę lepiej 😉

    P.S. Przeczytałam kilka postów i mam ochotę wysłać ci milijon serduszek 🙂

    • Aga

      O matko! Jak to ładnie napisałaś „produkujemy potrzebę posiadania”. Dokładnie o tym sobie myślę. Z jednej strony mam ochotę namawiać ludzi do kupowania swoich projektów, bo włożyłam w nie czas i pracę, a z drugiej strony nie chcę napędzać tego konsumpcyjnego wariactwa. Myślę też sobie, że bycie trybikiem w maszynie korporacyjnej nie pomaga, trochę wóz albo przewóz, jeżeli moralność mi nie pozwala, znajdzie się na moje miejsce ktoś inny, niewiele pomogę światu rzucając papierami 🙂 A lubię, to co robię.
      To co napisałaś odnośnie właścicielek firmy, w której pracowałaś – właśnie dlatego warto wspierać polskie marki. Pamiętasz może czasy, kiedy za ubrania płaciło się mnóstwo kasy? Gdyby ludzie kupowali lokalnie, wszystkim żyłoby się lepiej. Klienci mądrzej by wydawali, nie kupowali szajsu, a producenci zarabiali tyle, ile trzeba.
      Pamiętam, jak miałam kiedyś dwie pary butów – jedne na zimę i jedne na lato plus na wf 🙂 Dało się! Tęsknię za prostotą tych czasów.
      Dziękuję za milion serduszek. Zrobiłaś mi dzień swoim komentarzem 🙂

  2. Świat byłby piękniejszy, gdyby więcej osób myślało w podobnych do twoich kategoriach. Patetyczne, nie? Ale jakże prawdziwe. I czystszy by był, i spójniejszy. Ja też nie lubię w zakupy, denerwuje mnie nadmiar, chociaż nie jestem pewna, czy to za sprawą świadomości ekologicznej, czy potrzeby pozbycia się nadmiaru i chaosu z życia.
    Próbowałam w swap party. Zawsze kończyło się tym, że schlałyśmy się winem, oddałam kilogramy ciuchów, ale nic nie przygarnęłam w zamian, bo koleżanki wolą mieć więcej niż mniej. Także ten. Nie zawsze działa. Może to ta moja małomiasteczkowość, a może koleżanki mam dziwne, ale nie wychodzi.

    • Aga

      Nadmiar chyba jest zapalnikiem w większości przypadków. Ja jestem ogromną fanką minimalizmu, jako sposobu na życie. Chciałabym być minimalistką, ale nie we wszystkich sferach życia dałabym radę. Póki co, stosuję umiar. Swapy w najbliższym gronie to nie zawsze jest dobry pomysł. Grunt do znaleźć grono, który ma taki sam plan – pozbyć się ciucha. Zdobycze to bardziej bonus 🙂

  3. W punkt. Nie pracuję w branży odzieżowej- ale od dawna mam rozkminy, że nasz świat pędzi do nikąd! Gdy jedyną wartością ogólnospołeczną – jest posiadanie- nowych ciuchów, nowego telefonu, samochodu. Ważny post!

  4. Pingback: 4 POLSKIE MARKI DZIECIĘCE, które warto poznać – Małe Psotki

  5. Świetny wpis! Warto o tym mówić, bo biegając po galeriach w szaleństwie konsumpcjonizmu nie wszyscy zdają sobie sprawę z konsekwencji.

    • Aga

      Dziękuję. Wydaje mi się, że gdzieś z tyłu głowy, wszyscy zdajemy sobie z nich sprawę. Ale nie potrafimy przestać.

Odpowiedz do Aga Anuluj odpowiedź

Navigate