WOLNY CZAS I CZAS, KTÓRY ZWALNIA

Może to ta jesień. Bo zdaje się, że dni mijają, jak minuty. A może to tylko resztki wirusa w kościach, ale jakoś inaczej płynie czas ostatnio.. Po kątach leżą niedoczytane książki, stosik rzeczy, które wymagają zreperowania, bo dziura na kolanie, albo guzik odpadł. Piekarnik nie pamięta, jak to jest upiec ciasto. Pewnie tęskni za czymś słodkim, a nie, ciągle tylko tosty z serem… A przecież jesień idealna jest do pieczenia. W grubych książkach prasują się liście na te wyklejane obrazy, które mamy zrobić od tygodnia. Nie ma czasu. Doba jest za krótka. Maszyna do szycia stoi nie ruszona, od kiedy została kupiona, podobnie, jak te spodnie, które miałam sobie zwęzić na jesień.. rok temu. Dwa lata temu z kolei, kupiłam drewniane druty na Allegro, dzieci używają je jako pałeczki do cymbałków – te druty pewnie same nie wiedzą do czego służą, bo wełny to one nie widziały w swoim rękodzielniczym życiu ani razu. Żalę się trochę, bo mam wrażenie, że mijam się z własnym życiem przez większą część tygodnia. Chciałabym, być czasem w domu. Odprowadzać dzieci i mieć czas, żeby wstawić pralkę i poczytać w spokoju. Pożyć. Każdy ma inne potrzeby i marzenia. Ja mam jedno proste. Żeby pobyć w domu. Nie trzeba mi szalonego pędu, wiatru we włosach, komarów na zębach i przygody. Mi trzeba wspólnych śniadań, gotowania zupy i przytulania się pod kocem, oglądając seriale. Brakuje mi tego. Brakuje mi BYCIA z rodziną. Tak na 100%, nie biegnąc dokądś. Bo nic tylko gdzieś lecimy. Albo oni lecą, bo ja raczej jeszcze nie wróciłam do domu, albo już poszłam do pracy, kiedy życie się dzieje.

Byłam chora przez ostatni tydzień. O mój Boże, jak mi brakowało takiego wolnego rytmu. Takiego, że się chodzi na spacer, jak już nam się zachce i chodzimy, póki nie zmarzniemy. I w sumie, to nie ważne, na którą obiad. Przez ostatni tydzień sobie w końcu pożyłam.

Zostaw komentarz

Navigate