SOBOTA NA DYNIOWEJ FARMIE

Przyznam się bez bicia, że łatwo mnie namówić do świętowania czegokolwiek. I ło matko, jak mi się podoba, jak Ci Amerykanie świętują październik. Halloween, to już wiadomka – u nas na chacie odbędzie się trzeci rok z rzędu. I już teraz robimy wstępny plan na haloweenową imprezę, ale Halloween to jeden wieczór, a październik jest długi i piękny i można jeszcze spędzać czas na powietrzu i w sumie już od września jarać się, że dynie owocują. Zupy robić, ciasta piec, rzeźbić w tym miąższu. No i komu by w sumie przyszło do głowy, żeby zrobić imprezę z kupy dyń wyłożonych na świeżym powietrzu. Tylko Amerykanom. Oni do wszystkiego podchodzą z szalonym entuzjazmem Świętego Mikołaja na prozaku.

Zawsze mnie fascynował pomysł odwiedzania takiej farmy. W sensie nie bardzo rozumiałam przesłanki. Bo warzywniak w sumie pod blokiem, więc po co? No zdjęcia ładne w sumie, ale żeby zaraz za miasto po zdjęcie z dynią? No więc, kiedy okazało się, że w naszych rodzimych okolicach jest taka farma, zapragnęłam zgłębić fenomen. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że najprostsze rzeczy w życiu przynoszą największą radość. Wystarczy dać dzieciakom trochę przestrzeni i proste narzędzia do zabawy. Bo niby nic – kilka snopków siana stojących na polu, a zabawy dla dzieci na półtorej godziny. Cytując Alicję „Najeście moźna się tujlać, bo nie ma kup!” Miejskie dzieci… Nigdzie nie mogą wytarzać się bez lęku… Ala chce wracać na farmę za tydzień.

SONY DSC

Nie załapaliśmy niestety się na dyniowe specjały, bo ponoć są i to pyszne, ale w sumie o 16 w taki słoneczny dzień, można się było spodziewać, że dzikie hordy klientów pochłoną wszystkie wypieki. Ale jak bym wiedziała, że można sobie kiełbę nad ogniskiem przyrządzić, to bym przyjechała z własną. Cała farma jest naprawdę niewielka, ale w prosty sposób zaspakaja potrzebę zabawy dla dużych i małych. Taki eko – plac zabaw. Tu namiary na farmę.

Zostaw komentarz

Navigate