WYDMY I PUSTE PLAŻE – nasza krótka wyprawa nad morze

Wydaje Ci się, że wiesz coś tam o Bałtyku, bo przecież masz pół godzinki do plaży tramwajem, wiesz o ile metrów molo w Sopocie, jest dłuższe od Gdańskiego i niejedną szantę słyszałaś w życiu. A potem stoisz z rozdziawioną gębą na pustej plaży w rezerwacie i zastanawiasz się, jakim cudem to jest to samo morze, które oglądałaś od małego. Kiedy powiedziałam mojemu mężowi, że jedziemy do Łeby, zapytał, czy za mało mam Bałtyku w sezonie na co dzień. Coś mi mówiło, że tam sezon może wyglądać nieco inaczej. Marzyły mi się puste plaże. Łeba wyszła przypadkiem. Okazała się być najbardziej gościnna dla siedmiu osób, w środku sezonu, na trzy noce. Spróbujcie znaleźć taki nocleg. Nikt nas nie chciał. No i blisko stamtąd na wydmy. A ja chciałam na wydmy. Samo miasto, zgodnie z przewidywaniami, było dramatycznie pełne turystów, ale nawet plaża, choć na nią dojechaliśmy dopiero o 17, była dużo mniej zatłoczona niż to, do czego przywykliśmy to w Gdańsku.

Trzy dni, to nie jest jakoś dużo, ale udało nam się naprawdę odpocząć. Przegoniliśmy nasze dzieci kilkukilometrowymi szlakami, zrobiliśmy sobie całodniową wycieczkę rowerową do wydm, którą Lila przejechała sama całą, bez zająknięcia. Strasznie jestem dumna z tej dziewczyny. Lubię patrzeć, jak dorasta. Tak jej się spodobało, że ciągle pyta, kiedy znów pojedziemy gdzieś na rowerach. Na czubek wydmy też wlazły wszystkie nasze dziewczyny, choć raczej niechętnie. Ale na ich obronę, dodam, że to był naprawdę upalny dzień. Jak chcecie wchodzić na wydmę, to kwiecień jest chyba lepszym pomysłem, niż sierpień.

 

moja drużyna na szczycie

Zakochaliśmy się w Bałtyku na nowo. W czystej wodzie i mięciutkim, białym piasku. Po całym dniu na rowerze, wejście to tej wody, to był najcudowniejsze uczucie… Plaże przy otwartym morzu zauroczyły nas na tyle, że mój mąż już w samochodzie, w drodze do domu, planował jednodniowe wypady, żeby móc sobie popływać. Także kumacie, to morze, co je mamy pod nosem, popadło w niełaskę. Jakiś brudny kuzyn Bałtyku, nie morze.

matka morska

Kolejny faktor sukcesu naszego kilkudniowego wypoczynku – żarcie. Kiedy rok temu pojechaliśmy do lasu, miałam wrażenie, że cały czas coś gotowałyśmy na tym jednym palniku, który zresztą sami przywieźliśmy. Trudno to nazwać odpoczynkiem. W tym roku, plan był prosty – nie gotować. Wypad zaczęliśmy obiadem „U Ewy” w Sasinie. I to był strzał w dychę, bo najedliśmy się na dwa dni. Pycha jedzenie. Chociaż stolik, to warto zarezerwować, bo restaurację odwiedzają tłumy ludzi, zwłaszcza wieczorami. A później to już śniadania w cenie hotelu, obiad na mieście, drobnica na kolację, kanapki w plecak. Może to dlatego tak dobrze odpoczęliśmy. Gotowanie zżera sporo czasu i energii w ciągu dnia. A moje dzieci tak polubiły piknikowanie, że teraz zaraz po wejściu na plażę, pytają o kanapki.

To już tradycja, że wspólnie wyjeżdżamy latem razem z Martą i jej bliźniaczkami na kilka dni. Zgodziliśmy się wszyscy, że bardzo zacna. W przyszłym roku, uderzamy na południe.

Zostaw komentarz

Navigate