LILA ZACZYNA SZKOŁĘ

Straszny przeżywam powrót do przeszłości przez ten początek roku szkolnego. Lila lada dzień zostanie pierwszoklasistką i co chwila przypominam sobie na przemian moje własne pierwsze dni w podstawówce i różne sytuacje z okresu, kiedy Lila była dzidziusiem, albo, kiedy zaczynała przedszkole. Strasznie zleciało te siedem lat! No i w ogóle ostatnie dwadzieścia parę lat. Przypomina mi się na przykład apel na rozpoczęcie pierwszej klasy, przeprowadziliśmy się wtedy do Straszyna i wszystko tego dnia było nieznane i nowe. Albo, jak w pierwszym tygodniu dostałam burę przy całej klasie, bo rzuciłam kolesia pomidorem w plecy. Był ze starszej klasy, otwierał drzwi do naszej sali, z której nie wolno nam było wychodzić na przerwę, bo byliśmy pierwszakami i dokuczał nam, wyśmiewał się z nas, a potem uciekał – no dupek – no więc kiedy tak biegł, rzuciłam mu w plecy pomidorem z drugiego śniadania. Przyszedł z brudnym na plecach fartuszkiem, płacząc, jak mały dzidziuś, a wychowawczyni kazała mi wstać i dała mi taką burę, że myślałam, że mi poliki spłoną żywym ogniem. W pierwszym tygodniu. Niezły start, c’nie? Ale przynajmniej ten ziutek przestał nam dokuczać. No właśnie, fartuszki się wtedy nosiło. Takie z szeleszczącego poliestru. I tarcze były. Ciekawe, jakie Lila będzie miała początki?

Lila wstała wczoraj rano i OD RAZU się ubrała. Żeby naświetlić Wam wagę tego wydarzenia, muszę dodać, że namówienie Lilki do ubrania się rano, to jest dyplomatyczne Kongo. Ona po prostu nie za bardzo ma na to rano ochotę i zawsze znajduje sobie jakieś zastępcze zajęcia – śpiewanie, tańczenie, śpiewanie i tańczenie na golasa, zabawa lalkami, słowem wszystko, byle się nie ubierać. Miał więc miejsce cud. Zapytana o powód tej przemiany, twierdzi, że ćwiczy przed szkołą. I że musi nauczyć się robić kanapki, bo jak tata zaśpi, to sama zrobi śniadanie. Kocham. Tą. Dziewczynę. To jest najlepszy człowiek, jakiego znam. Jeszcze przed chwilą mówiła „mlimliny” na maliny i „nuki” na nogi a teraz chce kanapki robić dla rodziny! Mam wrażenie, jakby to było wczoraj, kiedy uczyła się używać farbek. Na koniec zawsze lubiła pomalować nam twarze farbą, co było zabawne może pierwsze dwa razy. Bajzlu się przy tym robiło – wszystko, co mieliśmy na sobie, szło do prania. Niedawno przecież po raz pierwszy weszła do przedszkolnej sali – musiałam się upomnieć o buziaka, była tak ciekawa i niecierpliwa, żeby zostać przedszkolakiem, że nawet nie myślała o pożegnaniu. Bałam się, że nie dogada się z dziećmi, bo mówiła wtedy trzy słowa na krzyż. Dopiero parę tygodni później zaczęliśmy pracę z logopedą. Żadnych problemów. Ani przez chwilę nie miała kryzysu w przedszkolu. Entuzjazm do dzisiaj jej nie minął. Ma w klasie dwie koleżanki z przedszkola, ale nawet bez takiego wsparcia, wiem, że szybko by się odnalazła. Nie może się doczekać i wierzy, że wszystko w szkole będzie super fajne. A ja ciesze się razem z nią. Zaczynamy nową przygodę.

fot: Jasińska

Zostaw komentarz

Navigate