W DOMU…

Ostatni miesiąc to była jakaś idiotyczna karuzela zdarzeń. I to nie taka w wesołym miasteczku, tylko bardziej takie koło, które chomik ma w klatce do biegania. To ma nazwę? Przy czy ja byłam właśnie tym chomikiem. Mam wrażenie, że przez większość miesiąca nie było mnie w domu. Zdarzyło się mnóstwo fajnych rzeczy, ale też wiele bezsensownego stresu. A ja to stresu nie lubię za bardzo. Fajnie jak się dużo dzieje, ale bez kitu, już starczy tych dzikich emocji. Jeżeli ktoś dałby mi bilety dla całej rodziny na wycieczkę w gorące miejsce, na ten długi weekend, który w najlepsze właśnie trwa, to powiem Wam szczerze, że grzecznie bym odmówiła. Chcę pobyć w domu. Robić rano śniadania w mojej kuchni, wstawiać pralkę za pralką i bawić się Barbie z dziećmi. Niech się nic nie dzieje. Żadnych dramatów i żadnych fajerwerków, proszę. Marzy mi się święty spokój.

Najchętniej niech w tle tych codziennych zdarzeń szumią jeszcze fale, albo wiatr w liściach drzew i niech dzieci się śmieją i niech będzie wszystko jedno, która jest godzina. Niech będzie święty spokój. Przy kawie pitej na plaży, w trakcie szukania muszelek. Kiedy wychodzimy na rower, bo akurat taką mamy ochotę. Przy popcornie jedzonym na kanapie podczas leniwego wieczoru, kiedy dzieci kłócą się o to, kto trzyma miskę. Święty spokój. Żeby tak przez tydzień nikt mnie nie gonił i nic ode mnie nie chciał. Bez patrzenia na zegarek i skreślania linijek z listy rzeczy do zrobienia. Chcę po prostu być z moją rodziną. I tyle. Aż tyle.

2 komentarze

Zostaw komentarz

Navigate