PIERWSZA WYCIECZKA ALI i moje matczyne paranoje

Przedszkole Psotek jedzie na wycieczkę. I kiedy mówię „przedszkole”, mam na myśli CAŁE przedszkole. Wszystkie grupy. Cały personel. Każdy jeden przedszkolaczek. Alicja pierwszy raz jedzie na wycieczkę bez rodziców. Nie muszę Wam pewnie pisać, że jestem przerażona i najchętniej bym jej nie puściła, ale jak mogłabym jej to zrobić, skoro jadą WSZYSCY. Powiedzieć, że dzieci są podjarane to mało – emocje u nas, jak przed Bożym Narodzeniem, bo jadą do gospodarstwa agroturystycznego i tam będą ZWIERZĄTKA. Alicja pakuje się od poniedziałku. Dodam na marginesie, chociaż zabrzmię, jak rodzicielski fail, że mnie czasami przerastają wycieczki z Psotkami na drugi koniec miasta, więc żywię lekkie obawy. Głównie chodzi o humorki panny Ali właśnie. Niewiele jej trzeba, żeby zrobić szopkę – wystarczy, że jest głodna, albo zmęczona, albo, że pada deszcz i ciśnienie nie sprzyja, albo, że ktoś krzywo na nią spojrzy i nawet najprzyjemniejsza wycieczka kończy się rykiem i tarzaniem po ziemi. Ale dobra, nie filmuję się i odganiam od siebie złe myśli, zakładam przy tym, że jej nie zgubią, ani celowo nie zostawią na tej wsi. I wtedy czytam program wycieczki: „w programie : zwiedzanie gospodarstwa agroturystycznego – pokaz czynności gospodarskich, dojenie krów, konkurs odróżniania zbóż, praktyczne zajęcia piekarskie-lepienie bułek z masy drożdżowej oraz ozdób z masy solnej, przejazd wozem drabiniastym, ognisko z kiełbaskami”

Gorąco zrobiło mi się już po pierwszym przecinku : „dojenie krów” – zakład o dychę, że kilkoro będzie chciało spróbować wydoić, albo pogłaskać tą krowę! Stan przedzawałowy już zaliczyłam, a to dopiero pierwszy akapit. Chcąc strząsnąć z wyobraźni strzępy makabrycznych obrazów, czytam dalej o zbożach i bułkach – jak miło i bezpiecznie, myślę sobie już spokojniejsza i wtedy wpadam pod rozpędzony wóz drabiniasty, z którego na prawo i lewo spadają małe dzieci – olaboga! Doprawiam szczyptą oparzeń trzeciego stopnia, bo na koniec ognisko. Dołóżcie do tego głodną Alę, bo kiełbasy z ogniska raczej nie zje i mamy wizję, kuźwa Armagedonu. Na bank nie zasnę dzisiaj w nocy, a rano muszę im powiedzieć, że do krowy nie wolno podchodzić od tyłu.

Nie mam zdjęcia z krową, ale mam zdjęcie dzieci na snopku siana, choć to zupełnie nie oddaje moich emocji, bo zdjęcie wręcz tchnie spokojem.

2 komentarze

  1. Ja wiem, że jak będę mieć własne dzieci, to się będziesz ze mnie śmiać, ale miej tę przyjemność. Aktualnie mam ochotę pogłaskać Cię po główce i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, wychowawcy to odpowiedzialni ludzie i wcale nie śmieją się z satysfakcją w duszy, kiedy niegrzeczny sześciolatek upada twarzą na asfalt ;>

    • Aga

      Ja bardzo podziwiam wychowawców. Gdybym nie wierzyła w ich kompetencje, nie oddawałabym dzieci pod ich opiekę. Mało tego, mam podstawy sądzić, że znają się na wychowywaniu lepiej niż ja, skoro mam do czynienia z mniejszą próbą statystyczną. Co nie zmienia faktu, że każde zmiany w życiu moich dzieci, które dzieją się zupełnie poza moją kontrolą, budzą we mnie delikatny lęk, ale bardziej na kształt dyskomfortu, niż paranoi. A to, z czego śmieją się w duchu wychowawcy, to wdzięczny temat do rozważań. Przypuszczam, że głównie z takich matek, jak ja.

Zostaw komentarz

Navigate