JADĘ W DELEGACJĘ, A SERCE JUŻ TĘSKNI ZA DZIEĆMI

Przyznam się bez bicia, że trochę gorzej niż większość znanych mi matek znoszę rozstania z moimi dziećmi. Zapytajcie kogokolwiek z mojego otoczenia. I nie jest to wcale moje własne zdanie, wręcz przeciwnie, wydawało mi się, że wszystkie tak mamy, że to jest niejako matczyna choroba zawodowa. Ale nie, okazuje się, że mam problem w pępowiną łącząca mnie z dziećmi, mianowicie taki, że jest ona jakby krótsza niż u innych. Będąc osobą rozsądną, nie bacząc na sprzeczności targające moim sercem, od jakiegoś czasu staram się zatem luzować tą pępowinę. No wiecie, takie niewinne akcje, jak weekend u babci, albo w najgorszym razie, tydzień wakacji u drugiej babci, na drugim końcu Polski. Przy czym to drugie, to było trochę wymuszone przez Małżonka i to już była dla mnie jazda po emocjonalnej bandzie. Najdroższy Małżonek zabrał dziewczynki do swojej mamy na tydzień na ferie zimowe i powiem Wam, że ledwo to przeżyłam, bo pomijając pięć godzin jazdy, które musieli zaliczyć w jedną i drugą stronę, kiedy to odmawiałam zdrowaśki i przeganiałam najczarniejsze z czarnych myśli, bo przecież jechali SAMI we trójkę przez pół Polski, to pomijając te traumatyczne godziny, przez bity tydzień snułam się po mieszkaniu jak zombie, odkładając na miejsce ich zabawki i wąchając ubranka. No debil, wiem. A jakie plany miałam ambitne! kosmetyczka, joga, paziksy… ale nie, nic z tego, przez tydzień obijałam się jak to echo od ścian pustego mieszkania.

Czemu ja to piszę? A no dlatego, że czeka mnie kolejna chłosta od losu w postaci rozstania dziećmi. Niepodyktowna rozsądkiem i nie zaplanowana przeze mnie. Jutro wyruszam w pierwszą w życiu podróż służbową. Powiedzieć, że jestem zestresowana, to mocne niedopowiedzenie. Zwłaszcza, że przy okazji wysyłają mnie na drugi koniec świata. Trzymajcie kciuki, żeby mnie Bangladesz zbytnio nie sponiewierał, bo tam właśnie przyjdzie mi lecieć. Do zobaczenia wkrótce.

Zostaw komentarz

Navigate