MIŁO, KIEDY COŚ SIĘ ZMIENIA

Coś się zmieniło. Jeszcze niedawno, samodzielne wyjście z dwójką naszych dzieci gdzieś w miasto, musiałam planować, jak wyprawę na księżyc. Pakować dwie zmiany ubrań dla obu dziewczynek, picie i żarcie bo przecież możliwe, że padną z głodu i pragnienia, do tego wózek i jeszcze po ulubionej zabawce na drogę. A zimą kurtki, czapki, szaliki, rękawiczki. Przypominaliśmy cygański tabor – jadąc nuciłam sobie „Jadą wozy kolorowe” Maryli Rodowicz. Do tego, trzeba było wyjście ogrywać tak, żeby Ala miała dobry humor. Jeśli nie miała, nie pasowało jej dosłownie wszystko i zawsze robiła jakąś awanturę. Stresujące to było, nie powiem. I nagle coś jest inaczej. Dzieci odpowiednio oporządzone przed wyjściem, wytrzymują dwie godziny w terenie bez jedzenia i wizyty w toalecie. Nie potrzebują ciuchów na zmianę, ani zabawek na drogę. Wystarczy im soczek. I jeszcze jedna rzecz – wszystko idzie z nimi przenegocjować, a każdy bunt zażegnać za pomocą odpowiednich argumentów – zazwyczaj wizji wieczoru bez Minecrafta. Ali coraz rzadziej, a wręcz sporadycznie, zdarza się jeszcze położyć na ziemi i drąc się, żądać różnych rzeczy (bo na przykład wafelek od loda jej się nie podoba i chce inny), przy czym na żadnym z nas nie robi to już wrażenia i chyba zaczęła kumać, że jedyny wynik takich akcji, to wkurzony rodzic. Jest. Coraz. Łatwiej. Nie wiem, kiedy kliknęło, ale te nasze wyjścia zaczynają być coraz przyjemniejsze. Myślałam, że nie dotrwam takich czasów. I dla tych, którzy, są w tym ciemnym miejscu, w którym niedawno też byłam, niestety nie mam rady. To tak, jak z tą sławną wśród matek ciepłą kawą, której nie idzie się napić przez całą nieskończoność. A potem, któregoś dnia okazuje się, że hej, ciepła!, to cud! A potem to już w ogóle, dziecko pije kakałko na drugim krzesełku, albo wyjada nam łyżeczką piankę z latte i też woli, jak nieostygła. I w końcu jest miło, po trzech latach picia zimnej. W macierzyństwie większość rzeczy trzeba niestety po prostu przeczekać, najlepiej z dystansem i w miarę możliwości z uśmiechem na twarzy, choćby udawanym, bo to nas odróżni od wszystkich innych matek, które też tak mają i też marudzą.

1 Comment

Zostaw komentarz

Navigate