ŚWIĄTECZNY CZAS

Ja przepraszam, czy to już?

Czy jesteśmy już po?

Nie wiem, jak to się dzieje, że rok rocznie zaczyna się grudzień i przecież jest jeszcze czas na wszystko, wyjście na jarmark i karuzelę i łyżwy, a potem okręcam się trzy razy i jest 20 grudnia i nie ma już czasu na nic, a do tego okazuje się, że nie było ani karuzeli, ani łyżew. A niby minimalizowałam stres i niepotrzebne aktywności od początku grudnia. Niby było powolutku, bez pośpiechu i w klimacie.  A i tak wszystko, jak zwykle wyszło na ostatnią chwilę. Weźmy kupowanie prezentów. Niby można uniknąć tłumów w sklepach, bo wszystko szybko i tanio da się zamówić przez internet, ale i tu trudno uniknąć stresu. Okazuje się, że zamawianie wszystkiego przez internet, to też nie jest dobre wyjście, chyba, że się ma zaprzyjaźnioną sąsiadkę, która nie wychodzi z domu, bo kurier puka do drzwi kilka razy dziennie z kolejnymi paczkami, dzień po dniu i niestety, trzeba się na niego czaić, bo wpada między 10, a 15. Cały grudzień czekania na kuriera. Z jedzeniem też cyrk, bo pierogi ulepiliśmy co prawda tydzień przed i zamroziliśmy, ale co z tego, skoro zapomniałam ich zabrać na Wigilię!

Te dwa tygodnie przed Świętami to był istny chaos. Co Wam będę ściemniać. Tym bardziej, trochę miałam wrażenie, jakby mi ktoś matrixa zatrzymał, kiedy Święta w końcu nadeszły. W Wigilię rano czułam się zjechana, jak stara opona, zwłaszcza, że do drugiej lukrowałam pierniczki, co by świeże były. A rano… o mało nie padliśmy na zawał z małżonkiem, kiedy dzieci znalazły prezenty w Wigilijny poranek. I to te, których zupełnie, ale to absolutnie znaleźć nie powinny. Całe szczęście tylko trzy i całe szczęście jeden skitraliśmy w ostatniej sekundzie. Swoją drogą skitranie czegoś tak wielkiego, jak koń, do łatwych nie należy. Lila o mały figiel nas nie wydała, ale powiedzieliśmy jej, że Mikołaj chciał, żeby Ala dostała konia wieczorem i pięknie skłamała, że to była jakaś reklama taty. WSZYSCY kłamią dla Świętego Mikołaja. Ale serio, te małe są cwańsze, niż sądziliśmy. Czy to możliwe, że dzieci mają wbudowany radar na prezenty?

…ależ to dziecko fatalnie siedzi…

Dwa tygodnie wyścigów z listą rzeczy do zrobienia i z samą sobą dobiegły końca w momencie, kiedy przełamaliśmy się opłatkiem. Dzieci piszczały jak szalone na widok NAJPRAWDZIWSZEGO Mikołaja. Och tak. Ale mieliśmy szczęście, mówię Wam. Mikołaj akurat poił renifery nad rzeką, więc wpadł na piechotę, żeby zostawić nam prezenty. Ale fart, co? Szkoda, że dziadek musiał ich przypilnować, znacz tych reniferów i nie widział, jak babcia siadała na kolanach Mikołajowi. Fiu fiu. Skandal obyczajowy, mówię Wam. W każdym razie, w końcu obowiązki zamieniliśmy na przyjemności i relaks. Wyłączyłam budzik. Wyłączyłam na bite półtorej tygodnia. A co?! Pierwsze trzy dni spaliśmy do 10… nie, nie żałuję i nie szkoda mi życia. Mało tego, myślę, że pobyczę się w ten sposób jeszcze kilka dni.

Zostaw komentarz

Navigate