SOCIALLY AWKWARD, czyli tekst, który miał trafić do kosza

Totalnie nie nadaję się do small talk’ów – nie interesuje mnie polityka, nie kojarzę, kto jest kto w tym naszym rządzie, pudelka nie czytam, na siłkę nie chodzę, diet nie stosuję, Azja Express nie oglądam. No nie pogadasz. Wychodzę z założenia, że jeżeli to co mam do powiedzenia, nie wniesie nic do tematu, to się nie odzywam. A zazwyczaj wychodzi na to, że wszystko zostało powiedziane. O dzieciach sobie na przykład możemy pogadać. Ewentualnie, bo staram się nie wypowiadać na temat cudzych praktyk wychowawczych, więc zazwyczaj tylko przytakuję. O serialach ewentualnie też możemy. Pod warunkiem, że oglądasz akurat to, co ja, bo nie żebym miała jakąś szerszą wiedzę na temat. O plastiku też chętnie. Bo plastik jest fe. Ale jeśli te tematy nie są Ci bliskie, pewnie będziemy tak stać w milczeniu, że aż w tle będzie słychać grające świerszcze.

Najgorzej jest, jak przychodzi do poznawania nowych ludzi. To jest dopiero mordęga. Za młodu, to było co innego, cały świat był wtedy przyjacielem. To była era niezobowiązujących przyjaźni na całe życie. Teraz zawieranie znajomości, to trochę kwestia selekcji. Ludzie w moim wieku są już niestety z lekka poważnymi ludźmi. A to stawia z początku pewne bariery w kontakcie z nimi. Pomijając status społeczny, grupy zawodowe, stan cywilny, ilość dzieci, które dorośli, nie wiedzieć czemu, biorą pod uwagę dobierając przyjaciół, są jeszcze inne bariery. To znaczy dla mnie bariery, bo z pewnością nie dla normalnych ludzi. Chodzi o to, że nie wiem, czy wiecie, ale dorośli ludzie zwracają się do siebie per pan/pani. I póki ci dorośli są totalnie obcy i specjalnie nic ich nie łączy, to wszystko jest ok. Gorzej, kiedy chcemy się poznać bliżej i nawet nie mam na myśli jakiś zażyłych kontaktów, tylko zwykłe koleżeństwo. Do ziomków to się mówi „cześć”, a nie „dzień dobry” i już na pewno nie „pan”. Problem polega na tym, że choć to zabrzmi, jak totalne wariactwo, formułka „może przejdźmy na „ty”, za każdym razem więźnie mi w gardle. Nie bardzo wiem, z czego to wynika, ale nie umiem z ludźmi przechodzić na ty. Wiem – debil. Nieśmiała przecież cholera nie jestem. Nie wiem, o co chodzi. A bez tego, niestety, to se można pogadać ewentualnie o pogodzie. Jest taki termin w języku angielskim, który dobrze oddaje ten problem – socially awkward, czyli ktoś, kto w kontaktach z ludźmi sadzi gafę za gafą. To jestem ja. Da się to jakoś leczyć? Bo ja chętnie. To mi zasadniczo kasuje perspektywę jakichkolwiek nowych kontaktów z rówieśnikami. Mogę liczyć jedynie na starych znajomych, którzy już mnie znają i przywykli.

Zbieram się drugi miesiąc, żeby przejść na ty z rodzicami jednej z koleżanek Lili. Oni też robią podchody i już byśmy pewnie byli super ziomkami, gdyby nie to, że ja się, jak debil, blokuję za każdym razem ( „Mam na imię Krzysiek” – mówi tamten tata. – „Aha. Ok.” – odpowiadam ja. No, DE-BIL!). Masakra jakaś. No i w końcu dzisiaj skruszyły się lody bezosobowego pańciowania, kiedy tamta mama wyłożyła w końcu kawę na ławę, przedstawiając mi się z imienia i rzucając odpowiednią formułką/ Przejdźmnaty. Kamień z serca. Alleluja! Jakże miło będzie w końcu sobie porozmawiać.

Dużo łatwiej się jednak było dogadać z ludźmi za młodu. Bez sztucznych uprzejmości. Bez wywiadów środowiskowych, lustrowania portfela i życiorysu. Można było ludzi lubić wyłącznie za to, że byli kompletnymi przypałami. A przypałów wśród dorosłych jest niestety coraz mniej.

Swoją drogą dobrze, że chociaż po hamerykańsku się przyjęło, że w korporacjach do wszystkich można mówić normalnie, jak do ludzi, bo pewnie bym się w ogóle do ludzi nie odzywała w robocie.

2 komentarze

    • Aga
      Aga Reply

      Wiesz, sporo już o Tobie wiedziałam w momencie zapoznawania, więc nie było AŻ tak niezręcznie. 🙂

Zostaw komentarz

Navigate