BUY LESS, LOVE MORE

Obiecałam sobie, że w tym roku będę zen, że będę miała wszystko idealnie zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, że nie będę się stresować. Plan był taki, że jedyne, co będę odczuwać w tym roku, to będzie ogólnie pojęty relaks. Od początku grudnia leciały u nas kolędy, piekliśmy pierniki, rysowaliśmy rysunki dla Mikołaja. A potem wkradła się świąteczna gorączka. Bo sklep wysłał nie ten kolor prezentu, bo kurier pomylił paczki, bo dzieci porysowały wszystkie koperty do kartek, które w tym roku mieliśmy wysłać wcześniej… Ale to nic, bo ze wszystkim i tak zdążymy. Trzeba tylko każdą godzinę, która zostaje z krótkiego dnia, poświęcić na doganianie planu. Spinamy pośladki i mieszamy bigos. Co roku ta sama szopka.

Prawie mi się udało. Prawie. Stresu jednak nie da się pokonać, bo okazuje się, że planowanie na nic nie pomoże, kiedy trzeba odstać swoje w dwukilkometrowej kolejce, żeby kupić głupie mleko w markecie po pracy. I myślę sobie, że cały świat oszalał. Po co nam te wszystkie graty? To całe żarcie? Korci mnie, żeby w przyszłym roku zbojkotować prezenty dla dorosłych. Albo niech każdy kupi sobie sam i położy dla picu pod choinką (miło sobie przecież coś rozpakować, żeby dzieci wiedziały, że my starzy, też byliśmy grzeczni). I niechże Mikołaj robi po jednej zabawce dla każdego dziecka. A nie zostawia po prezencie pod każdym drzewkiem, w każdym domu, który odwiedzamy. Albo jeźdźmy wszyscy gdzieś, gdzie jest ciepło i najlepiej tylko z bagażem podręcznym, żeby nie kupować za dużo prezentów. Nie chcę być marudą i zawsze jestem wdzięczna za każdy prezent, bo wiem, że kupienie czegokolwiek przed Świętami to nie lada wyzwanie, ale przecież to nie powinna być droga przez mękę. Przecież to nie o prezenty, czy jedzenie chodzi. Prawda?… No dobrze, zgoda, o jedzenie chodzi bardzo… Może dawajmy sobie jedzenie zamiast prezentów? Zamawiam rybę po grecku.

Ja wiem, że wręczanie sobie podarunków to tradycja. Ale chyba było łatwiej, kiedy byliśmy mali i w sklepach nic nie było. Może łatwiej było znaleźć coś wyjątkowego. Bo to, co się dzieje teraz, to nie na moje nerwy. Szkoda mi czasu na stanie w kolejkach. I nawet nie chodzi o to, że mogłabym ten czas spożytkować, dajmy na to, na lepienie pierogów, tylko o to, że każda minuta, kiedy bluzgam na kolejki, w których tkwię, oddala mnie od Świątecznej radości i miłości do bliźnich.

Mniej zakupów, więcej miłości!

Zostaw komentarz

Navigate