ZAPOMNIANE ZDJĘCIA Z LATA

Za moim oknem pada śnieg. Nie zalewam! Jeszcze sobie nie rozpisałam, co miłego chciałabym zrobić tej jesieni, a tu już pierwszy śnieg. Matko… Zima nie tylko kierowców zaskakuje! Ja to mam taki refleks, że kiedy wszyscy będą malować pisanki, ja pewnie dopiero będę rozbierać choinkę. No dramat po prostu. I tak ze wszystkim. Najbardziej mnie śmieszy, jak ktoś mnie zagaduje „hej, ale fajnie, że masz czas jeszcze przy dzieciach pisać bloga”, ja wtedy wiem, że raczej nie zaglądają, bo jakby zaglądali częściej niż raz, to by przecież widzieli, że ja piszę dwa razy w miesiącu i to wyłącznie wtedy, jak zarwę nockę, a ja bardzo lubię spać, więc piszę rzadko i już by mnie tak chętnie nie klepali po pleckach, a raczej kręcili głową z dezaprobatą. Posty to ja często piszę w głowie w tramwaju, tylko one rzadko trafiają w miejsce przeznaczenia.

Przedzierałam się ostatnio przez fotki z minionego lata i trafiłam na kilka zdjęć z naszych małych wakacyjnych wycieczek. Przykład kontentu, który nie doczekał się publikacji widzicie poniżej. Jest tego więcej. Z samego lata byłoby materiału na trzy wpisy. Ale chyba Wam daruję. Chyba. Jeszcze rzeźbienie dyni Wam zaserwuję, bo tradycja, to rzecz święta i dynia musi być na blogu co roku.

Ta wycieczka jest warta publikacji, choćby dlatego, że nigdy nie byłam w tej okolicy wcześniej, to znaczy byłam, ale wtedy, to tam się piło piwo na murku, bo straż miejska tam za często nie chodziła, a teraz serwują tam wegańskie latte, więc przeżyłam tamtego wieczoru prawdziwy szok. Mówię o wybrzeżu Motławy za hotelem Hilton. Matko, co za przyjemne miejsce.

  

Mam wrażenie, że mrugnęłam i lato się skończyło.  Jako, że przez większość wakacji lało, a przez resztę byłam utknięta w pracy, zadowalałyśmy się głównie wycieczkami do centrum.  Jak ja tęsknię za czasami, kiedy nie spędzałam całego życia w biurze – powiadam Wam, szanuj macierzyńskiego swego, bo możesz nie mieć następnego. 26 dni urlopu to jest doprawdy niewiele, kiedy ma się dzieci. Mam wrażenie, że któregoś dnia obudzę się stara i pomarszczona z czwórką wnuków na chacie i będę próbowała, taka jeszcze lekko zaspana, dociec, kiedy minęło moje życie. I żeby jeszcze podkręcić atmosferę absurdu dodam, że nie zdążyłam od lata odwiedzić Muzeum II Wojny Światowej, które widzicie na zdjęciach, mimo moich najszczerszych chęci, a ten wieczór, kiedy spacerowaliśmy w tamtej okolicy z Tekstualną, to był moment, kiedy rozszerzyły się w mojej głowie granice Gdańska. Ten rejon od Motławy w stronę zajezdni autobusowej, to była za czasów mojej niewinnej młodości biała plama na mapie miasta. Uwielbiam, jak Gdańsk się zmienia na moich oczach. Choć lista miejsc wartych odwiedzenia rośnie w zatrważającym tempie. Tyle mnie omija!

Zostaw komentarz

Navigate