A PRZY WEEKENDZIE, HULAJNOGĄ WSZĘDZIE

Jesień jest do chrzanu. Nie ważne w ile swetrów się człowiek nie oblecze i ile kubków kakao nie wyżłopie pod kocem, jesień, to nadal jesień. Padaka z gilem w tle. Choćby mi Instagramy i Pinteresty podtykały najpiękniejsze zdjęcia złocistych liści, nie dam się przekonać. A błoto, przymrozki i zgniłe liście już w zupełności nie zachęcają mnie do spacerów. Ba! Do wyjścia spod koca nie zachęcają! Ale w trosce o zdrowie, wypada spacerować i zażywać ruchu – niech to jasny gwint, po co komu ruch – więc wyciągam na dwór dzieciaki, kiedy tylko raczy nie padać. I zdaje się, że w końcu znalazłam aktywność, dla której moje dzieci w miarę chętnie opuszczają dom. Trochę przesadzam, kiedy mówię, że chętnie. Z dziećmi, to wiadomo, że z zasady jest tak, że w pierwszej kolejności nie idzie ich wyciągnąć z domu za skarby świata, a potem, robią aferę, kiedy pora wracać. Każdorazowo. Standardowym zestawem argumentów, czyli prośbą, groźbą i na koniec przekupstwem, idzie je jednak wyciągnąć na spacer. To znaczy zazwyczaj musiałam sięgać po takie środki, ale na hulajnogę to akurat lubią wychodzić. Prawie tak chętnie, jak na sanki. Hulajnoga na razie działa na nie mobilizująco. Cieszy to moje matczyne serce, bo przynajmniej wybiegane, mniej chorują, lepiej śpią i spędzają mniej czasu przed telewizorem. Same plusy.

Nie, nie jest za zimno.

W tygodniu nie ma na to czasu, ale przy weekendzie, to inna sprawa, bierzemy hulajnogi, wybieramy miejscówkę z przyjemnie płaską nawierzchnią i hulaj dusza.

Zostaw komentarz

Navigate