ŻYCIE OFF-LINE

Przyznam się Wam bez bicia, bo komu, jak nie Wam i gdzie, jak nie tu, że męczy mnie ten cały technologiczny szum. Osiem godzin przy komputerze w pracy, do tego telefon, bez którego, jak bez ręki i który co chwila przypomina mi, że mogę coś przegapić. Na przykład cappuccino w kształcie chomiczego zadka, albo kolejny powalający występ jakiegoś uczestnika X-factor. Nie powiem, to są wszystko ważne rzeczy i ja je wszystkie chętnie oglądam, ale jednak moje życie nie zubożałoby nadto, gdybym na nie nigy nie trafiła w odmętach internetu. I kiedy wchodzę do domu po południu i zamykają się za mną drzwi, mam ochotę wrzucić telefon w odmęty torby, komputer wsunąć w najciemniejszy kąt i przez chwilę po prostu żyć. W ciszy. Nie dosłownie oczywiście, bo w naszym domu, to ciszy nie było od dobrych paru lat i ja szczerze myślę, że cisza już nie pamięta gdzie my mieszkamy i byłaby zdziwiona, że ktoś ją tu w ogóle chce. Mam na myśli to, że mam chęć przestawić głowę na odbiór innych bodźców. Czasem się udaje, czasem nerwowo rozglądam się za telefonem już po godzinie. Niemniej naprawdę warto. Może to tylko ja tak mam. Może znowu jakaś dziwna jestem. Piszę Wam posta, kiedy dzieci jeszcze śpią, bo potem mam plan malować farbkami, wyjść na spacer (pada!) i nie chcę się już rozpraszać. Mam nadzieję, że nieobca jest Wam filozofia slowbloggingu? Jeśli nie wiecie co to, odsyłam TU (przy okazji dowiedziłam się, że wcale nie ja wynalazłam ten termin… Well…)

No więc, ostatnio próbuję mniej wirtualnie żyć. Do tramwaju zabieram książkę, a po pracy nie włączam kompa. Jestem trwale uzależniona od Instagrama, więc gdybyście tęsknili, możecie mnie tam z powodzeniem szukać. Jakbym się nie starała i tak nie przeczytam całego internetu, więc równie dobrze, mogę nic nie czytać.

W zeszły weekend to na przykład byliśmy z moim bratem i jego dzieciakami mocno off-line u moich rodziców i to był bardzo dobry weekend. Punktem kulminacyjnym był nocleg. Pierwszy raz ever spały u babci wszystkie wnuki. Emocje buzowały do dwudziestej drugiej z grubym hakiem. A od rana dzieci mogły się sobą cieszyć i bawić się na dworze. Nadmienię, że było prawie lato. Nie będę taka i Wam pokażę.

Czasem sobie myślę, że czwórkę to bym nawet mogła ogarnąć. Ale tylko czasem.

Zostaw komentarz

Navigate