Vernazza

‚Hej Aga! Weź w końcu napisz coś jeszcze o tej waszej wycieczce, bo czekamy w napięciu, żeby zobaczyć, co tam jeszcze widzieliście.’ Spoko, loko, już nadrabiam, bo jest niedziela i miło poudawać, że jeszcze lato się nie skończyło, skoro na dworze świeci słonko. Bo u mnie świeci. Gorzej, jeżeli człowiek da się zwieść tym złocistym promieniom i wyjdzie bez kurtki, szala i czapki, wtedy szybko się orientuje, że lato, to tylko odległe wspomnienie z przed dwóch tygodni.

Wspomniałam Wam w poprzednim poście, że przez Cinque Terre przewinęła się w trakcie naszej wizyty przynajmniej połowa populacji USA. Szacuję na oko, bo w pewnym momencie już pierwszego dni przestałam ich liczyć. Pomijając ujmującą urodę wszystkich pięciu miasteczek, bo one są po prostu śliczne – kolorowe, słoneczne, z drzewami uginającymi się pod ciężarem kiwi, cytryn, czy innych granatów i  malowniczo powiewającym praniem suszącym się w oknach – więc pomijając to wszystko, to naprawdę trzeba kochać ludzi, żeby znaleźć przyjemność w przebijaniu się przez ten tłum. Ojciec Psotek jak zwykle miał łeb na karku i poprowadził nas bocznymi uliczkami. To był bardzo przyjemny spacer, pełen zaskakujących rozwiązań architektonicznych w stylu czeskiego filmu. Aż dziw, że ktoś wydał zgodę na budowę niektórych z tych domów. Trochę jakby wpaść do równoległego wymiaru. Trochę jak z Incepcji, trochę Hobbiton w wersji miejskiej.

Chyba najprzyjemniejszą częścią każdej podróży jest właśnie błądzenie trasą poza głównym szlakiem.

 

Zostaw komentarz

Navigate