Levanto, rzut beretem od Cinque Terre

Mieliśmy parę lat temu z Najukochańszym Małżonkiem taką szaloną przygodę, że pojechaliśmy sobie na wakacje do Włoch. Do było za czasów przed smartfonami, więc w innej epoce. Pojechaliśmy bez bookowania noclegów, bez nawigacji, bez planu podróży. Tylko my, atlas drogowy Europy, namiot i pożyczone od mojej mamy Clio. Totalne yolo! Znajomy polecił nam kilka fajnych miejsc do odwiedzenia we Włoszech i sprawdzaliśmy tylko na mapie, które z nich mamy po drodze, bo plan był taki, że objedziemy cały but. Mieliśmy kilka tygodni i nie mieliśmy wtedy dzieci. To były wakacje życia.

W tym roku, w końcu wszystkie nasze dzieci są odpieluchowane i na tyle duże i łatwe w obsłudze, że postanowiliśmy pojechać na rodzinne wakacje. No wiecie, żeby trochę wygrzać się w słoneczku, skoro całe lato nad Bałtykiem lało. Ja wiem, że może frajerzy z nas, że nie wybraliśmy się na rodzinne wakacje wcześniej. Pewnie, że można jeździć z mniejszymi dziećmi, ale mnie to szczerze nigdy nie bawiło, chociażby dlatego, że torba z pieluchami na podróż, mleczkami, kaszkami i flaszeczkami stanowi przy mniejszych dzieciach dodatkową sztukę bagażu. A ja nie lubię mieć dużo bagażu. Zatem stało się, dzieci nam podrosły.

Chcieliśmy chociaż trochę poczuć tamten wiatr we włosach (włochach… hehe!), który czuliśmy osiem lat temu, więc postanowiliśmy wybrać się w miejsce, które bardzo przypadło nam wtedy do serca. Trochę nie przekalkulowaliśmy sobie, że przez osiem lat cały świat zdążył już usłyszeć o Cinque Terre i teraz każdy szanujący się Amerykański turysta musi je „zaliczyć”. Ulice tych cichych z założenia wioseczek przypominają dzisiaj bardziej Monciak w szczycie sezonu, niż to co oglądaliśmy parę lat temu. Jedynym znośnym miejscem jest nasze ukochane Levanto.

Do Levanto nas wywiało za pierwszym razem dlatego, że nikt nam nie powiedział, że do Cinque Terre (który jest parkiem krajobrazowym) nie wolno wjeżdżać samochodem (głównie dlatego, że prawie nie ma tam ulic). Jechaliśmy z południa od strony La Spezii, która zupełnie nam się nie spodobała, kiedy odmówiono nam wjazdu. Od wschodu granicą parku są wzgórza i nie ma tam nic, jedynym słusznym wyborem, było zatem zatrzymanie się w pierwszej miejscowości. która graniczy z parkiem z północy. Tak trafiliśmy do Levanto, z którego pociąg to Cinque Terre jedzie 10minut, w którym są campingi, na które można wjechać nawet kamperem, a ceny za nocleg są trzykrotnie niższe niż w Riomaggiore, czy Vernazzie. Do tego piękny widok na morze, piękne kamienice i atmosfera taka, jak trzeba. Sprzedane! Gdzie podpisać?

Same miłe wspomnienia. Pojechaliśmy po raz drugi.

znajdź dwa kraby

Podróż pociągiem nad samym brzegiem morza, to już była atrakcja. Wieczorny spacer nad morzem był spełnieniem marzeń, po kilku godzinach w pociągach. Zapowiadało się cudownie. Niestety, w nocy Ala dostała gorączki, a rano przywitał nas deszcz. I padał przez bite dwa dni. To, że Ala chorowała jeszcze po przyjeździe już raportowałam. Dramat. Gdyby nie fakt, że wynajęliśmy sobie fajne mieszkanie z balkonem, pewnie bym się pochlastała. Jak ktoś Wam mówi, że nie ważne, jaki nocleg wynajmiecie, bo to tylko spanie – NIE SŁUCHAJCIE! To wszystko zmienia. Nasze dzieci na wszystkich wyjazdach zawsze są super podjarane swoją tymczasową sypialnią.Spaliśmy w trzech różnych lokalizacjach w trakcie naszego wyjazdu i za każdym razem, kiedy spaliśmy we czwórkę w jednym pokoju, strasznie się wszyscy męczyliśmy – one nie mogły spać, my nawet porozmawiać. Gaszenie światła znaczyło koniec dnia dla całej czwórki. Nocleg ma znaczenie!

cień człowieka zwanego matką, który nie spał od kilku nocy

Wracając do Levanto, bo ja tu przecież o urokach, to jest to naprawdę fajna alternatywa dla zatłoczonych miast Cinque Terre. Z prawdziwym włoskim klimatem, gdzie lokale są zamknięte w wybrany dzień tygodnia i każdego dnia obowiązuje sjesta. Swoją drogą, aż dziwne, ale w Vernazzie, gdzie spędziliśmy popołudnie, wszystkie sklepy i restauracje, były otwarte, mimo pory na przerwę. Gdyby nie to, lokalsi z pewnością nie daliby sobie rady z obsługą tłumów w godzinach otwarcia. Smutne, że nawet takie żelazne tradycje uginają się pod falą obcych wpływów. Cholerni turyści.

Ale Vernazzę, to już Wam pokaże w osobnym wpisie. Dla odmiany z małą ilością tekstu.

2 komentarze

Zostaw komentarz

Navigate