TROCHĘ O PRZYJAŹNI, bo mam szczęście do ludzi

Od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, że fajnie by było poznać nowych przyjaciół. Tak, jak to się robiło w liceum, czy na studiach, kiedy było się jeszcze istotą ufną, bez bagażu doświadczeń i uprzedzeń. Mam tylko jeden problem – z zasady nie lubię ludzi. Albo inaczej. Z zasady kocham ludzi, ale kiedy poznaję nowe osoby, to rzadko zdarza się, że iskrzy. Kumacie? Dla przykładu: jestem w towarzystwie, rzucam żartem i tylko jedna osoba na dwadzieścia, rozumie, że to w ogóle był żart i śmieje się ze mną. Prawda, że z lekka krępujące? Jedna moja znajoma mówiła na to : mieć z kimś przelot. Niestety moje żarty rozumie garstka wybrańców, reszta uważa, że jestem kopnięta. W związku z powyższym, stronię od ludzi. A im jestem starsza, tym stronię bardziej.

Całkiem możliwe, że nie jestem sympatyczna. Czasem nie rozpoznaję twarzy, więc nie mówię ludziom „cześć”. Czasem się zamyślam i nie mówię ludziom „cześć”. W dodatku na dzieńdobry szufladkuję ludzi. Jeżeli kogoś nie lubię od pierwszego uściśnięcia ręki, szkoda mi czasu i energii na doszukiwanie się lepszych cech w człowieku. To samo się tyczy ludzi, którzy mi czymś poważnym podpadli, raczej nie znajdziecie ich na moim fejsie. Lubię mieć porządek w tych sprawach. Jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy ze wszystkimi mają dobre relacje. Znam takich. I podziwiam. Podziwiam, bo to kosztuje człowieka czas i nerwy. To trochę jak w Simsach. Żeby relacje działały, trzeba o nie dbać. Ja dbam tylko o te, które są dla mnie ważne. Po co mi na fejsie były chłopak, którego darzę jedynie pogardą? Nie życzę gościowi źle, ale serio nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Czasem niektórych znajomości mi żal, zwłaszcza jeśli ewidentnie to ja spieprzyłam, ale jeszcze nie jestem na tyle poukładana, żeby umieć przeprosić za 10lat bez próby kontaktu. Skutek jest taki, że nie mam zbyt wielu przyjaciół. I nie, nie musicie mnie żałować. Moi przyjaciele stanowią wąskie grono przezajebistych osób. Takich, które wiedzą, że moja miłość do nich nie osłabła, nawet, jeśli nie dzwonię miesiącami (bo ja przez telefon, to nie bardzo lubię prowadzić konwersacje). Zapytajcie mnie teraz, jak często się widujemy. Hahahaha! To jest właśnie taki żart, z którego tylko ja w towarzystwie się śmieję. No więc z lokalsami z Trójmiasta (pozdrawiam wszystkich gorąco!), to ja się widuję raz na kilka miesięcy, a z Martą, która jest moją Number One Psiapsi, to raz na rok. W zasadzie rozumiemy się bez słów, nikt nikogo nie oszczędza, nikt nie zazdrości, nikt nie świeci oczami, nikt niczego nie udaje. Najzdrowsza relacja w życiu. W trakcie jej wizyty, fejsbuk uświadomił nam, że dokładnie dwa lata temu spędzała u nas wakacje z córeczkami, w zeszłym roku spotkałyśmy się na jedno popołudnie w Warszawie. Raz na rok. Jak starzy ludzie. Za każdym razem, kiedy to przypominam, dochodzę do wniosku, że i tak nie miałabym czasu dla nowych przyjaciół, więc w sumie nic nie tracę. Dobrze mi z tymi, którzy są.

P.S. Z Martą doszłyśmy w tym roku do wniosku, że będziemy się spotykać dokładnie w tym samym czasie co rok. Tak, jak w tym filmie One Day. Do końca świata! Tylko bez wpadania pod ciężarówkę na rowerze.

P.P.S.Do zobaczenia za rok Jasiku!

dwa lata temu było tak i tak

Zostaw komentarz

Navigate