MECZ

Ta historia ma swój początek nie tak dawno, dawno temu. W krainie Bursztynowego Stadionu. W dniu, w którym moja pierworodna córka, oglądając Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej z moim, nawiasem mówiąc, mężem, stwierdziła, że ona „tak bardzo chce iść na mecz”. Wtedy właśnie się zaczęła. Najukochańszy Małżonek wyszkolił Lilę bardzo dobrze. Okrzyk „POLSKA!” z potrójnym przyklaskiem wychodził jej koncertowo. Wiedziała, którzy to nasi i czy są przy piłce. Poczuła klimat. Stała się kibicem. Ale mecze w telewizji pozostawiały niedosyt w jej dziecięcym serduszku i każdorazowo, natykając się na kolejny taki mecz, pytała, czy kiedyś moglibyśmy się wybrać na „prawdziwy”. Zabraliśmy ją, co prawda, na Stadion Lechii na Dzień Dziecka, ale po co komu stadion, na którym nikt nie gra? Temat wisiał zatem nad nami, jak smok Daenerys nad wojskami Lannisterów. Do czasu…

Ja wam zawsze powtarzam, że marzenia się spełniają! A nam, to tak często, że aż trudno to zliczyć. Bo uwaga! Lechia Gdańsk zaprosiła nas na mecz. W zeszłą sobotę! I było ekstra! Zaliczyłyśmy taką przygodę, że ho! Mecz zakończył się co prawda remisem, ale kibice, to dali takie show z fajerwerkami, że robili autentyczną konkurencję naszemu zespołowi na murawie. I ja tu nie mam nic złego na myśli. Ja jestem z Gdańska i wieczne wojny kiboli odcisnęły się piętnem na mojej nastoletniej psychice. Strach było czasem chodzić po ulicach w dniu meczu, ale z ręką na sercu Wam mówię, że pokochałam w sobotę kibiców Lechii. Aż trudno uwierzyć, że przeżyłam tyle lat w tym mieście i nigdy do tej pory nie byłam na meczu. Tym bardziej cieszę się, że Lila miała okazję przeżyć taką przygodę jako dziecko. Śmieszna z niej była kibicka. Nie chciała na początku odpuścić i krzyczała „Polska” na całe gardło, zresztą tak, jak ją ojciec nauczył („bo ja chcę, żeby to Polska wygrała” – tłumaczyła mi uparcie, nie chcąc wierzyć, że ci drudzy, to też Polska), ale kiedy kilka osób prócz mnie (zero autorytetu, wiem), wytłumaczyło jej, komu ma kibicować, szybko zmieniła śpiewkę i stała się oddanym kibicem Lechii Gdańsk.

Nadmienię Wam, bo to też zrobiło mi dzień, że byłyśmy tam towarzystwie super ludzi. Ja jestem zawsze trochę speszona, kiedy poznaję inne blogujące matki i blogerów w ogóle. Głównie dlatego, że oni zawsze blogują bardziej poważnie niż ja i boję się, że zapytają „z czym do ludzi”. Nie zapytali. Tym razem. I fajnie było znaleźć się w takim przyjemnym towarzystwie. Poznałam Wikilistkę i jej rodzinę oraz Karolinę, no i Paulinę Wnuk. Była też ciocia Mania z obstawą. A do tego zdjęcia robiła nam super utalentowana Olga Jasińska, to ona jest autorką wszystkich zdjęć do tego posta. Oddają klimat imprezy w stu procentach, więc paczajcie i koniecznie zabierzcie swoje dziecko na mecz, bo super przeżycia gwarantowane!

Dziękujemy Lechii Gdańsk i Fundacji Lechii Gdańsk za spełnione marzenie.

*Dodam jeszcze kilka uwag praktycznych. Raczej nie warto zabierać na mecz dzieci poniżej trzeciego roku życia (chyba, że są zagorzałymi kibicami i oglądały mecze z Wami od kołyski, a na Lewandowskiego mówią wujek), bo raczej ich mecz nie obejdzie. Taka Ala dla przykładu, to totalnie nie wiedziała, że my tam poszliśmy patrzeć jak grają w piłkę. Bardziej sądziła, że chodzi o to, żeby biegać w dół i w górę po tych schodach, co ich tam jest tak dużo. Przybiła za to piątkę olbrzymiemu lwu – maskotce i to był high-light całej wycieczki dla niej. Dodatkowo, w kwestii informacyjnej dodam, że na stadionie jest strasznie głośno, a jeszcze straszniej, kiedy pada bramka, więc warto się zaopatrzyć w słuchawki wygłuszające dla dzieci.

Zostaw komentarz

Navigate