10 drobnych przyjemności, które zrozumie tylko matka

Od kiedy zostałam matką, stałam się wzorem cnót. Przynajmniej wtedy, kiedy dzieci patrzą. Świecę zatem przykładem, niosę kaganek oświaty, odejmuję sobie od ust, by zadowolić dzieci, walczę z zarazkami, pilnuję porządku, doglądam. Gdybyście znali mnie za młodu, pewnie byście robili zakłady o to, czy raczej własne dziecko niechcący zepsuję, czy może zgubię. Jestem raczej typem gapy. I to takiej mocno nieogarniętej. Ale, chwalić Boga, sześć lat minęło i okazuje się, że jestem w matkowaniu całkiem dobra. Dzieci całe i zdrowe. Przynajmniej bardzo staram się być dobra w matkowaniu, bo to wcale nie jest takie proste. Nie dość, że jurorki surowe, to jeszcze wszelcy postronni wtrącają się na każdym kroku. Wiemy, jak jest. Ja tu nie o tym. Zmierzam do tego, że wszystkie matki mają tak, że chcą być po prostu dobrymi mamami. Mamy misję. Musimy wychować porządne istoty ludzkie. A to nie jest takie hop-siup, presja razy milion. Całe szczęście, zdarzają się chwile, kiedy małe oczka nie śledzą każdego naszego ruchu, i my – wzory cnót, dostajemy 5minut swobody. Wtedy, przez krótką chwilę, każda z nas może być znowu normalną dziewczyną. Totalnie nieidealną. Taką, która czipsy zapija cocacolą… i to w dodatku w łóżku, w pościeli! Każda z nas czeka na te chwile wolności, jak dzieci na Święta. Niestety mówimy tu o pięciu minutach za drzwiami łazienki, albo dwóch godzinach wieczorem, gdy zasną. Wtedy dopiero jest czas na przyjemności:

1. Samotne zakupy. Nierodzic nigdy nie zrozumie, jak cudownie robi się zakupy w Lidlu w pojedynkę. Ba! Nierodzic nie widzi nic nadzwyczajnego w zakupach spożywczych. A to jest luksus proszę państwa! Czysty relaks. Porównywalny z sesją masażu, w moim rankingu. Że ja mogę WYBRAĆ w spokoju pomidory?! a nie, że pod gradem pytań i żądań wrzucam na pałę do koszyka, to co pamiętam, byle szybciej. Sama to zwolnionym tempie se mogę chodzić, jak będę miała ochotę. Tip-topkiem!

2. Nie wiem jak u Was, ale u mnie dzieci nie znają smaku Coli i czipsów, zrobię małą dygresyjkę i rozwinę wątek, skoro już o tym wspomniałam. Kiedy Lila była malutka, wrzuciliśmy je kiedyś w kategorię „dla dorosłych”. Tak jak piwo. Produkt NIE DLA DZIECI. I dzieci ich nie chcą. Sprytnie co?  Udaje nam się, póki co, unikać niewygodnych pytań. Nasze dzieci próbowały, co prawda kawy, ale czipsa, NIGDY. Z trwogą patrzą na inne dzieci na placu zabaw i posłusznie odmawiają, kiedy są częstowane. Czuję się lekko winna, że tacy z nas surowi rodzice. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, zresztą wiadomo, że niedługo to jeszcze potrwa… Póki co, kiedy idą spać i wiadomo, że nas nie przyłapią, wtedy uruchamiamy serial i zagryzamy go czipsem prosto z pieca! Buahahaha. Wiem, jesteśmy obłudni.

3. Słodycze. Pozostańmy w temacie podżerania. Wiadomo, że z dziećmi jest tak, że jak coś wypatrzą, to zaraz by wyżarły. Trzeba się kitrać z każdym jedzeniem, ZWŁASZCZA ze słodyczami. Żeby było trudniej, dodam, że nigdy wcześniej, w całym moim życiu, nie miałam poupychane takich ilości łakoci po kątach. Nie żebym kupowała. Po prostu większość gości przynosi coś słodkiego dla młodych. Do tego dochodzą różne święta i okazje. To się kumuluje. A przecież wiadomo, że one nie mogą jeść tyle słodyczy. To niezdrowe jest! Ktoś ich musi ratować. A kto, ja nie ja? Podobnie jak czipsy, nadmiary utylizuję, gdy dzieci zasną.

4. Jedzenie w samotności. Wiadomo, że to, co jest na talerzu rodzica, jest z zasady lepsze niż to, co dostają dzieci. Przynajmniej tak sądzą moje dzieci. No dobra, Ala tak sądzi. Posiłki w spokoju to ja jadam w pracy. Tam nikt się niczym nie oblewa, nie żąda, żeby coś donieść z kuchni, nikt nie grymasi. Zresztą, wiadomo. Kilka dni temu wpadli do nas znajomi z synami. Byliśmy w szoku, bo po raz pierwszy od paru lat faktycznie siedzieliśmy przy stole, piliśmy kawę i nikt nam nie przerywał. Pierwszy raz od jakiś 5ciu lat. Aż dziwnie!

5. Godzina bez dzieci w domu. Okazuje się, że godzina to strasznie dużo czasu i idzie w tym czasie ugotować, posprzątać i jeszcze poczytać przy kawie. Czas. Jest. Względny. Bardzo!

6. Niespodzianki w torebce. Kiedy przeszukujesz torebkę w poszukiwaniu czegośtam, a znajdujesz awaryjne słodycze dla dziecka, w chwili, kiedy akurat marzysz o czymś słodkim. Trochę jak znaleźć hajs w kieszeni zapomnianego płaszcza. Tylko lepiej! Wiem, znowu podpunkt z żarciem.

*Rodzaje niespodzianek są dwa. Bywa też nieprzyjemnie, kiedy znajdujesz w torebce obsikaną pieluchę z weekendu, w poniedziałek rano – true story. Albo kawałek sera w kieszeni płaszcza – pozdrawiam moją kuzynkę Justynę.

7. Przechodzenie na czerwonym świetle na pasach. Znacie to uczucie, że wydaje Wam się, że jesteście królami świata i teraz, to możecie już wszystko? Dla mnie to jest ten moment, kiedy przechodzę na czerwonym i nie idą ze mną dzieci. Bo jeżeli zrobię to przy dzieciach, to z automatu grozi mi, w ich ocenie, ostatni krąg piekła. Wiadomo, że NIE WOLNO! Nie ważne, że nic nie jedzie. Trzeba być konsekwentnym. Człowiek wpaja dziecku te wszystkie zasady, a potem musi wszystkie spamiętać. Uczy kolorów, a potem kwitnie, póki kolor się nie zmieni na zielony, mimo, że tramwaj ucieka po drugiej stronie drogi. Ciężar odpowiedzialności bywa przytłaczający. Kiedy przechodzę SAMA na czerwonym, czuję się jak buntownik. Totalne YOLO. Mam ochotę machać fakami w około, jak Jaś Fasola, jadąc kabrioletem!

8. Kiedy posprzątasz dom i akurat nie ma dzieci. I możesz faktycznie usiąść w czystym mieszkaniu i popatrzeć, jak błyszczy. Przy dzieciach, wiadomo, że syf robi się nowy, zanim się człowiek obróci.

9. 10minut w toalecie bez odwiedzin dzieci. Ja nie wiem! Czy one myślą, że tam jest tylne wyjście i dlatego sprawdzają, czy na pewno tam jesteśmy? Bo czy można się stęsknić w trzy minuty? Ja się bardzo cieszę, że wstaję rano przed wszystkimi. Kiedyś Ala mi się obudziła w trakcie malowania rzęs i w rezultacie poszłam do pracy z jednym niepomalowanym okiem. Niektóre rzeczy muszą być zrobione od A do Z, zwłaszcza w toalecie i zwłaszcza w spokoju.

10. Patrzenie, jak śpią. Śmiechy-chichy na bok, bo że niby, jak śpią, to są cicho. Nie o to mi chodzi. Chociaż cisza pomaga się skupić. Chodzi mi o to uczucie, kiedy patrzy się na te małe buźki, że to z nas samych, powstało coś TAK idealnego. To uczucie, że życie było by puste bez tych małych człowieków. Że nikt na świecie nikogo tak bardzo nie kochał, jak my ich i one nas. To jest bardzo miłe uczucie. Cała reszta jest tych chwil warta.

A Wy co byście dodały do tej listy?

 

 

Zostaw komentarz

Navigate