W LESIE

Zderzyłam się w tym tygodniu boleśnie z rzeczywistością. Było to w czwartek. W czwartek skończył się mianowicie mój urlop. Kończenie urlopu w środku tygodnia jest podwójnie bolesne. Że nie wspomnę o deszczu. Mieliśmy w tym roku czerwcopad, kiedy wszyscy mieli nadzieję na słoneczny lipiec. Teraz trwa lipcopad i już wiemy, że jesteśmy bandą frajerów. Wy ludzie południa, nie macie pojęcia o czym ja mówię, a chodzi mi o to, że wiosenne zimno zdało się zamienić u nas na północy Polski w strugi deszczu, to było gdzieś w maju, zaraz po tym, jak po raz ostatni spadł śnieg. Przypuszczalnie taki stan rzeczy utrzyma się do listopada. Nie ma już nadziei. Chociaż na dworze świeci w tej chwili słońce, więc może weekend nie będzie do końca stracony. Tęsknimy tu bardzo za witaminą D. Zostawiam Was ze zdjęciami z naszego wypadu do lasu. Uważam, że jestem bardzo sprytna, bo znalazłam nam miejscówkę pół godziny jazdy samochodem od domu. Wizja wycieczki z czwórką dzieci w samochodzie, dłuższej niż godzina, skutecznie zniechęca mnie do podróży, nawet jeśli to są grzeczne dzieci, takie, jak nasze. Widzicie więc – pełen relaks. Nawet nie padało. Dzieci co prawda kąpały się w jeziorze przez całe 15 minut – a to miała być główna atrakcja, bo przyszedł ratownik poinformować nas, że w jeziorze jest fitoplankton i kąpać się nie powinniśmy. Gdzie był przez ten czas, nie wiem, ale miło, że napomknął. Żadnych akcji nie było, więc jakiś łagodny ten plankton, albo może za mało się nałykały tej wody. My dorośli z kolei nałykaliśmy się ciszy i zieleni, mimo, że mieliśmy cztery rozbrykane dziewczynki na stanie.

 

2 komentarze

Zostaw komentarz

Navigate