KOGUT DOMOWY

Niby opowiadam Wam tutaj różności o mojej rodzinie i wewnętrznych rozterkach, a nie wspominam nawet słowem o konkretach. Jest coś, co odróżnia nas od większości rodzin. W zasadzie, nie przypuszczałabym nawet, że jest to jakoś super szokujące, bo dla mnie to już naturalna sytuacja, do której przywykłam i jest wynikiem naszych wspólnych decyzji, niemniej za każdym razem, kiedy opowiadam o nas nowo spotkanym osobom, komentują naszą sytuację jako niezwykłą, bądź komentują niewerbalnie lekkim wytrzeszczem oczu. Jeszcze tylko Wam o tym nie wspominałam, choć sytuacja ciągnie się już od roku z górką. Trzeba to nadrobić – trzymajcie się krzeseł dzieciaki i poczytajcie o naszych niezwykłych zwyczajach.

W tradycyjnym modelu rodziny wyglądało to tak, że mama zajmowała się domem i wychowaniem dzieci, a tata zarabiał hajs. Ten model ewoluował i choć normalne jest, że mama ogarnia pracę na etacie i drugi etat w domu, to tata, który zajmuje się domem nadal stanowi ciekawostkę. Jakiś czas temu wróciłam do pracy. Najukochańszy Małżonek w pewnym momencie zaczął mnie nagabywać, że w sumie mogłabym zacząć robić coś więcej, niż rodzić dzieci i robił to na tyle przekonująco, że postanowiłam posłuchać. To już wiecie. Ala miała niespełna półtora roku i gdybym wtedy miała oddać ją do żłobka, pękłoby mi serce, albo po prostu odłożyłabym decyzję o powrocie do pracy o jakieś półtora roku (ale jestem trochę nienormalna, to dlatego). Mam naprawdę sporo farta w życiu, bo nie musiałam wtedy podejmować żadnych trudnych decyzji. Gdyby gdziekolwiek po drodze padło słowo: „żłobek”, sprawa byłaby przegrana. I to nawet nie chodzi o to, że mam coś przeciwko żłobkom. Po prostu nie czuję tego. Skoro urodziłam dziecko, to JA chcę się nim zajmować, a jeżeli nie ja, to chcę, żeby był to ktoś równie dla mojego dziecka ważny. No i najchętniej u mnie w domu. Żłobki są super i gdybym naprawdę musiała, pewnie też bym skorzystała, ale na szczęście nie musiałam. Tak się składa, że mój mąż pracuje w trakcie weekendów, więc w ciągu tygodnia mógł bez żadnych wyrzeczeń zająć się Alą i domem, kiedy ja ruszyłam na podbój rynku pracy. Robi to zresztą już ponad rok i zgadnijcie co? Nasz dom nadal stoi, a nasze dzieci chodzą najedzone, czyste i w kompletnym odzieniu. No po prostu szok.

Zasadniczo nie było u nas trudnych rozmów o rolach płci i podziale obowiązków. Obowiązki trochę dzielą się same. Nasz dom wygląda tak samo, jeśli nie lepiej niż kiedyś. No i mój mąż gotuje dużo lepiej niż ja, więc na totalu wszyscy wyszliśmy na plus. Nie było też żadnego buntu z jego strony, bo to pytanie słyszę najczęściej – czy mój mąż się nie buntuje? Jeżeli się buntuje, to tylko w duchu i to wyjątkowo cicho, bo żadne skargi do mnie nie dotarły. Ludzie! Kobiety! Jeśli ojciec dziecka buntuje się przeciw opiece nad własnym dzieckiem, to coś jest bardzo nie halo. To samo się tyczy ogarniania domu, w którym zasadniczo mieszkamy WSZYSCY. Jak słyszę historie o mężach, którzy nie skalali się machaniem ścierą, to odbieram to jako szowinistyczny żart. Coś z rodzaju słabych żartów o głupich blondynkach. Nie znam ani jednej głupiej. Tak jak nie znam żadnego głąba, który nie sprząta, nie gotuje i ma w nosie swoje dzieci. Ale może to dlatego, że mam mało znajomych.

Pamiętam nasze rozmowy, kiedy jeszcze nie mieliśmy dzieci i mój mąż już wtedy deklarował, że chętnie mógłby być kogutem domowym, pod warunkiem, że ja w tym czasie zbijałabym na czymś miliony. Nie do końca się udało, bo milionów nie ma i pracować musimy obydwoje, ale udało nam się wypracować sytuację, w której nasz dom nie cierpi na niedobór rodziców, a tego nie da się zamienić na nic lepszego.

4 komentarze

  1. Czy ja wiem czy farta? Po prostu mądrze wybrałaś z kim iść przez życie 🙂

Zostaw komentarz

Navigate