40 DNI

Scenka z życia codziennego. Niby banał, a pozwoliłam mu zniweczyć kilkutygodniowy wysiłek. No więc, jesteśmy w piekarni, kupuję pieczywo, a Lila prosi panią o ciasteczka w kształcie misia: „Jedno dla mnie, a drugie dla mojej siostry”. Pani się wzruszyła, więc Lila i Ala dostały jeszcze po ciasteczku od firmy, ja popłynęłam na tej fali i poprosiłam jeszcze ciasteczka korzenne (będą do kawki – pomyślałam sobie). Sielanka trwa, jedziemy, dzieci chrupią ciasteczka. Ala po obgryzieniu misiowi oblanych czekoladą kończyn i uszu, znudziła się, więc rzuciła komendę: „mama, da!” i wetknęła mi to co zostało z misiowego korpusu do ust. Zero refleksji – zjadłam, co dali. Idziemy dalej, posmak misia nie dawał mi jednak spokoju, więc pomyślałam, że przegryzę korzenne ciacho I WTEDY DO MNIE DOTARŁO – przecież ja nie jem słodyczy. Mój post wziął i się rypnął. No debil. Bezmyślna maszyna do utylizacji resztek po dzieciach.

Macie jakieś uzależnienia? Nie mówię, że jakieś poważne, czy niebezpieczne dla zdrowia. Mam bardziej na myśli przyjemności, którym ulegacie na co dzień, do tego stopnia, że możecie spokojnie przykleić do nich łatkę „nałóg”. Ja nie mogę żyć bez słodyczy. Na desery mam drugi żołądek. Jestem bardzo hedonistką i bardzo wierzę, że w życiu to właśnie chwile przyjemności są najważniejsze, ale kiedy kilka razy w tygodniu słyszałam od różnych osób pytanie: „a ty znowu coś jesz?”, a współpracownicy zaczęli zaglądać do mnie w poszukiwaniu słodyczy (zwłaszcza, że zawsze miałam czym ich poczęstować), zaczęłam się zastanawiać, czy nie czas na słodyczowy detoks. Ten moment zbiegł się w czasie z początkiem postu, postanowiłam więc podjąć wyzwanie i przez 40 dni nie jeść słodyczy. I nawet nieźle mi szło, do czasu wycieczki do piekarni z dziećmi. Wszystkie urodzinowe serniczki i ciacha, które ludzie przynoszą do biura, przegrały z misiem bez uszu i szczególnego smaku. „U Muzułmanów jest tak, że jak zjedzą świnię i o tym nie wiedzą, to im się nie liczy, że zjedli.” – pocieszył mnie mój mąż. Czyli, że głupi ma zawsze szczęście. Jakież to życiowe – nie uległam pokusie, lecz bezmyślnemu matczynemu odruchowi. Oh, przewrotny losie…

5 komentarzy

  1. Hej. Nic się nie rypło!
    “Zmarnowany dzień”, „rypnięty post” – to okazje do tego, aby powrócić na właściwe tory i poczuć satysfakcję, że znowu się pozbierałaś, że się nie poddałaś. I to jest właśnie sukces – postawienie kroku we właściwym kierunku – nawet jeśli tym krokiem jest podniesienie się z upadku. „Bycie” najlepszą wersją siebie tu i teraz. I od nowa. I od nowa. I od nowa.

    • Aga

      Bardzo budujące 🙂 Poszczę dalej, nie ma strachu 🙂 Postaram się być bardziej czujna

Zostaw komentarz

Navigate