ROK Z APARATEM

obrazek – Pinterest

– Ciociu, a co Ty masz na zębach? – pyta mnie Ina. – Aparat. – odpowiadam zgodnie z prawdą. – A jaki? -dopytuje. – Taki, do robienia zdjęć. Uśmiech!

Wspominałam Wam kiedyś, przy okazji postanowień noworocznych, że zamierzam założyć aparat ortodontyczny. To było coś, do czego przez lata dojrzewałam i czego przez lata unikałam, szukając alternatywy, mimo, że w moim przypadku nie była to jedynie potrzeba estetyczna. W końcu, po rozmowach z kilkoma stomatologami, po zebraniu funduszy i przekonaniu samej siebie, że muszę to zrobić, przekułam zamiar w czyn i niedawno minął rok, od kiedy jestem użytkowniczką tego ustrojstwa.

Zacznijmy od tego, że od kiedy pamiętam, z pasją nienawidziłam swoich zębów. Wszelkie docinki i komentarze na ich temat brałam bardzo do siebie i wstyd, który mi towarzyszył, przez większość życia, do dzisiaj odbija się echem, kiedy mam uruchomić w sobie pokłady pewności siebie. Przez lata starałam się nie uśmiechać i stawać do zdjęć lepszym profilem. Nie wierzę, że tyle czasu z tym zwlekałam i pozwoliłam, żeby to mnie tak zżerało. Żeby ten wstyd mnie ukształtował. Bo gdzieś tam w środku zawsze już będę brzydulą Ulą… A propos Uli – to właśnie wygląd aparatu odstręczał mnie najbardziej. I tu zdziwko. Paradoksalnie, pierwszy raz w życiu, nie wstydzę się uśmiechać. Pierwszy raz w życiu nie mam ochoty uciekać, kiedy ktoś patrzy na moje zęby. Mam w sobie luz, bo widzę zmiany i wiem, że cała ta sytuacja jest przejściowa.

Więc jak to jest, żyć z aparatem? Początki, to była masakra. Ból jak ból, idzie go przeżyć, ale fakt, że jest w ustach coś jeszcze prócz zębów i języka, jest na początku jak jakaś uciążliwa halucynacja. Znacie sny o wypadających zębach ? W moich, samemu wypadaniu zawsze towarzyszyły jakieś kosmiczne schorzenia, że na przykład miałam zęby aż w gardle, albo kilka rzędów zębów, jak rekin. No więc pierwsze tygodnie, są jak takie sny. Niby paszcza własna, ale jednak obca w cholerę. Że nie wspomnę o jedzeniu. Najgorzej jest z sałatą i szpinakiem. Najlepiej od razu umyć po nich zęby, bo można oszaleć. Nie ukrywam, że nie darzę mojego aparatu miłością, już liczę miesiące do końca. A kiedy ktoś mi mówi, że aparat do mnie pasuje, mam ochotę złapać za obcęgi i zdjąć go tak, jak stoję. Ale już się trochę przyzwyczaiłam po roku.

Mimo całej mojej niechęci do tego przedsięwzięcia, cieszę się, że to zrobiłam, żałuję tylko, że nie odważyłam się wcześniej. Jeśli więc się wahasz – po prostu zrób to i już. Wcale nie jesteś za stara/y.

 

4 komentarze

  1. Zawsze byłaś, jesteś i będziesz piękna, a uśmiech to coś bez czego ty ani rusz!!! Uwielbiam go w każdym twoim wydaniu!

    • Aga
      Aga Reply

      Kochana Ty moja! Dzięki. Miałaś spory udział w decyzji o założeniu, więc dzięki podwójne.

  2. I pomyśleć, że mi się za młodu marzył aparat bo tak fantastycznie wyglądał 😀 „Niestety” moje zęby absolutnie nie wymagają aparatu.

    • Aga
      Aga Reply

      Twoje to jak z reklamy 🙂 wiesz – wszyscy tęsknimy za tym, czego nie możemy mieć

Zostaw komentarz

Navigate