PORA NA DOBRANOC

Kiedy rzucam komendę: pora spać, moje dzieci nagle przestają mnie dostrzegać. Była mama, nie ma mamy. Czary jakieś! Muszę się mocno nasiłować w tej pelerynie niewidce i czarodziejskim kneblu, żeby przebrały się w piżamy (Alę trzeba gonić…) i umyły zęby (…Alę trzeba gonić!). Dobrą godzinę trwa zagonienie ich do łóżka. Kiedy kładę się po tych wszystkich zapasach na czytanie książeczki – bo kiedy biorę książeczkę do ręki, czar pryska i znowu mama się pojawia – jedyne o czym marzę, to ZASNĄĆ!
Gdyby ktoś dawał mi dziesięć złotych za każdym razem, kiedy, chcąc nie chcąc, zasypiam z dziećmi, mogłabym sobie już kupić średniej klasy samochód. No, może używany – bez przesadyzmu. Mężu, już wiem, jak sfinansować kupno auta! Musimy tylko znaleźć frajera, który będzie mi dawał tą dychę. 
Jacyś chętni?

Dziś wieczorem. Leżymy we trzy. Ciemno. Ja leżę z Alą, Lila nad nami. Była bajeczka, prośba o mleczko, dzwoniący telefon, Ala domagająca się, żeby telefon jeszcze zadzwonił, mleczko wypite, zgaszanie światełka, śpiewanie, w końcu jest i ciemność. I leżymy. I wszystkie toczymy jedną walkę – żeby tylko nie zasnąć! One swoją, ja swoją.
Obydwa piętra łóżka trzeszczą. Lila śpiewa, Ala gdera i staje na głowie. 
Lila szepcze coś do siebie, Ala udaje małpę. Lila nuci, Ala zamienia się w katarynkę i powtarza w kółko „tatatatatata”, kręcąc się na wszystkie strony. „ALA CICHO! Nie mogę spać przez ciebie!” – wypala Lila, która najwyraźniej pragnie napawać się brzmieniem własnego głosu w ciszy. Bo na pewno nie chodzi o spanie! Milkną obie. 
Przez chwilę jest cisza. Naraz zaczynają znowu trzeszczeć oba piętra łóżka. Znudziły się leżeniem. Wchodzimy w kolejną fazę – Ala wczepia się w moje włosy. Najpierw gmera, delikatnie, nucąc cośtam sobie. Potem zaczyna ciągnąć za pojedyncze kosmyki, w końcu ukręca z moich włosów kołtuna, którym tarmosi na prawo i lewo – kilka przekleństw ciśnie mi się na usta, ale przełykam je dzielnie, przynajmniej trochę mnie to cuci, poza tym wiem, do czego to prowadzi. To gmeranie to już taki rytuał. Brutalny, ale bez włosów trudniej jej się wyciszyć. Kołtun zaliczony – zaraz będzie po wszystkim. Ala odpuszcza, zaczyna szukać dogodnej pozycji. Im mniej ruchów, tym bliżej jesteśmy mety. Od czasu do czasu gmera nogą w pościeli, lub ręką w moich włosach. Piętro wyżej trochę gorzej – materac co chwila szumi z cicha od ciągłych zmian pozycji, a ciszę przerywają pełne pretensji westchnienia mojej pierworodnej córki – niemalże słyszę, co myśli – „mamo, zasypianie jest taaakie nuuuuuudne”. No dobra – Ala zasnęła. Jest nadzieja. Słucham – cicho. No to spadam, zanim zasnę. Juhu! Udało się! Nie śpię! Już w progu słyszę za sobą szept Lili: „mamusiu?”. Więc ładuję się do góry, bo jej się wyobrażają potwory. Szepczemy, przytulamy się, jej za ciepło, odkrywa się, kręci, przykrywa… Odjechałam ze trzy razy nim zasnęła. Ale jestem – tym razem może dychę przegrałam, ale prosecco samo się nie wypije, a Top Model samo nie obejrzy. 

Zostaw komentarz

Navigate