Alicja rośnie

Wpadłam ostatnio swoim fejsbuku na dialogi z Lilą sprzed paru miesięcy i śmiałam się na głos, gdyby nie to, że je tam zapisałam zniknęły by w odmętach mojej krótkiej pamięci. Przypomniałam sobie jak ważne jest to miejsce. I wiem jakie będzie dla mnie ważne za parę lat.

Kiedy
patrzę sobie na moje dzieci i dociera do mnie jak szybko rosną, mam
ochotę zastopować zegar. Mocno się wtedy skupiam, żeby zapamiętać każdy
szczegół tego, co się dzieje w danej chwili. Chociaż i tak wiem, że i
tak się nie uda. Odgrzebuję czasem jakieś zdjęcia z sprzed kiedyśtam i
nie pamiętam okoliczności ich zrobienia. Wszystkiego nie zapamiętam.

Alicja zaraz skończy dwa lata. A przecież to bobas. Trochę szybciej biega niż pół roku temu, trochę więcej kuma, niż rok temu, ale poza tym taka sama. Kiedy, ja się pytam, minęły dwa lata? Skoro jeszcze pamiętam moje ciążowe lęki! 

Ala weszła w najfajniejszy bobasowy wiek. Nadal jest zapieluchowanym, tłuściutkim stworkiem, który okazjonalnie ucieszy się ze znalezienia smoczka, pije mleczko z butelki i nadal pachnie dzidziusiem. Ale już wie do czego służy nocnik, rozumie wszystko, co do niej mówimy, na główce zaczyna jej rosnąć coraz bujniejsza czupryna i coraz częściej wymyśla własne słowa, na określenie ważnych dla nie spraw. Nowością jest „tap – tap” – jeszcze tydzień temu mówiła tak na swoją kuzynkę, teraz „tap – tap” oznacza plac zabaw. „Tu-tu” to huśtawka, „łiiii” zjeżdżalnia, „ku-ku” – gumka do włosów, „niam-niam” to wszystko, co da się zjeść lub wypić, więc praktycznie dogadujemy się przez cały dzień.


Wspomnieć muszę o jej bujnym temperamencie, bo pierwszy raz się spotykam z tak żywo reagującym dzidziusiem. Kto wie, może kiedyś zapomnę terror, jaki sieje u nas na chacie. Choć wątpię. Bo trochę trauma. Żartuję, nie jest tak źle, okazuje po prostu, że to Lilka była niezwykłym, bo grzecznym bobasem. Anioł. Zawsze polegała na tym, co mówiliśmy, we własnej ocenie sytuacji. Nie podejmowała niepotrzebnego ryzyka. No anioł. Ala natomiast, kiedy mówimy „stój , nie wolno” – zatrzymuje się na chwilę, uśmiecha się szelmowsko przez ramię, jakby chciała powiedzieć: „to się okaże” i pędzi przed siebie. A kiedy jej głodna, albo zmęczona, rzuca wszystkim, co jej wpadnie w rączki – z zastawą po babci włącznie. Och, niech będą błogosławione nieskończone pokłady naszej cierpliwości. 

Zostaw komentarz

Navigate