syzyfowe prace

15minut wcześniej odkurzyłam podłogę…

Mam wrażenie, że większość czasu upływa mi w domu na gapieniu się w podłogę. Nie brzmi to może zbyt ciekawie, ale w sumie, to lepiej niż gapić się w ściany i tak naprawdę, jeszcze nie zwariowałam. JESZCZE. 
Moje zachowanie, to jedynie wynik działania instynktu samozachowawczego. Sprawy bowiem nabrały u nas tempa i naprawdę nie da się ogarnąć chaosu, który tu zapanował (pamiętacie suche bułki? Jest gorzej.) Żeby bezpiecznie poruszać się po naszych 50-ciu metrach kwadratowych, należy mieć oczy dookoła głowy i bacznie przyglądać się trasie, którą zamierza się pokonać. Trudno u nas bowiem znaleźć kawałek podłogi, nieudekorowany zabawkami i przedmiotami użytkowymi. 
Nie mam pojęcia, czy to mieszkanie jest za małe, czy zabawek jest za dużo? Czy gdyby powierzchnia naszych podłóg była większa, również byłaby CAŁA zawalona zabawkami? Jeżeli tak, to współczuję ludziom w 300stu metrowych domach!

Dzisiaj starałam się zarejestrować, co omijam i podnoszę, w trakcie przykładowej trasy, żeby nakreślić skalę problemu. Bo możliwe, że kiedyś to wyprę i nawet nie będę pamiętać, że tak wyglądała moja rzeczywistość Anno Domini 2016. 
Przykładowa trasa: Jestem w salonie, z którego chcę się wydostać – na podłodze muszę uważać na lalki Barbie (12sztuk), leżące na środku w wymyślnych, acz
nieskoordynowanych pozach,  dalej kolorowanki, kilka samochodów w różnych rozmiarach, wiadro. Tak,
wiadro. Takie małe, do piachu. Ala używa go jako kapelusza.
Idę korytarzem, na podłodze leży krowa-grzechotka Ali, gmach przedszkola, zbudowany przez Lilę, pojedyncze klocki duplo, tworzą pole minowe. Wiadomo, że to one są najgorsze.  
Trafiam do kuchni, a tam: na-wpół-nadmuchany motylek do pływania, plastikowe pojemniki wyciągnięte z szafki, kawałki pogryzionej bułki, lalka niemowlak, ściany pomalowane czerwoną kredką, teraz leżącą smętnie na podłodze. Obok leży mój krem do twarzy – „Kto u licha przywlókł do kuchni mój krem?!” – pytam na głos. Nie, żebym spodziewała się odpowiedzi. Wiem kto. Mówię bardziej w nadziei, że usłyszy mnie ktoś rozsądny. I potakując głową powie: „Spokojnie, to tylko faza, ten chaos będzie trwał jedynie dopóki nie skończy dwóch lat.” Albo coś w ten deseń. Bo przecież kiedyś znowu będzie normalnie, prawda? Nadzieja umiera ostatnia. I będzie można przejść przez mieszkanie bez konieczności uważania pod nogi na każdym kroku. 
No nic. Niosę krem do łazienki, tam jest najmniejszy bałagan. Bo i łazienka nieduża. Ogarniam – zwijam papier toaletowy w nie do końca kształtną rolkę, podnoszę z ziemi kucyki pony, wyjmuję z pralki.., matko, co to?… aaaa, spoko… to tylko kawałek kiwi… Standard. Czasem zaskakuje mnie, jak niewiele jest w stanie mnie w tej chwili zaskoczyć. Czy wspominałam, że Ala przechodzi fazę fascynacji szczotką do sedesu? Oby przeszła szybko.
Jeszcze jakiś czas temu Lila honorowo sprzątała ze mną, ale przeszło jej i ma już dosyć sprzątania po siostrze. Zwłaszcza, że efekt sprzątania utrzymuje się nie dłużej niż 10minut. Jedyne, co ogarnia, mniej lub bardziej chętnie, to własne zabawki. Jeżeli o mnie chodzi, to już nawet nie sprzątam w dziecinnym pokoju na co dzień, bo nie ma na to czasu. Czasem każe Lilce zebrać wszystkie zabawki na łóżko i odkurzam resztki jedzenia z podłogi. Że niby higiena.
Na reszcie powierzchni płaskich, nadal walczę, nie tracąc nadziei. Ale więcej było sensu w Syzyfowym toczeniu głazu pod górę, niż w sprzątaniu naszego mieszkania. 

1 Comment

  1. Avatar

    sama wiesz, że to minie, lila przykładem. później będziesz być może walczyć z niefrasobliwościa dziewczyhek, a może nie. mój młody uklada sobie zazwyczaj zabawki według schematu, ale potrafi całą sofę ufajdać jednym ciastkiem, zjedzonym nota bene. genów nie przechytrzysz 😉

Zostaw komentarz

Navigate