glina i angina


 
Dawniej bardzo dużo było u nas mazania farbkami, klejenia, wycinania i ogólnie pojętych zetpetów. Od kiedy urodziła się Alicja bawimy się w ten sposób jakby rzadziej. Lila zresztą nie narzeka, bo w przedszkolu wyżywa się artystycznie na różnych polach. Trochę mi czasem tęskno za tymi naszymi robótkami i czasem jeszcze nam się zdarza coś razem zrobić. Zdecydowanie rzadziej niż bym chciała, ale niedługo Ala uruchomi się manualnie i będzie nam „pomagać”. Przez ostatni tydzień królowała u nas jakaś paskudna bakteria, która Ali załatwiła zapalenie ucha środkowego, a Lilkę zamieniała co rano w ociekające ropą zombie, bo takie skojarzenie nasunęło mi się kiedy któregoś ranka weszła do pokoju po omacku, z wyciągniętymi przed siebie rękoma, zalepionymi ropą oczami i gilem sięgającym ust. Ta sama bakteria dziś rano odebrała mi głos, ale jako, że w nocy zaznałam wreszcie trochę snu, a palce mam sprawne, postanowiłam podzielić się z Wami naszą przygodą z gliną. Bo ja glinę owszem bardzo i tęsknię za zajeciami, na które chodziłam w zeszłym roku.
Dostałyśmy od Tajemniczego Mikołaja glinę samoschnącą (jest takie słowo?)(no, o ile kilka dni da się w jakichkolwiek kategoriach określić jako „szybko”) i trochę nam zalegała od Świąt, więc skoro deszcz i choroba trzymają nas w domu, postawiłyśmy porzeźbić.

Dużo zdrowia życzę Wam i nam, bo troche już lato na dworze.

Zostaw komentarz

Navigate