imię dla dziecka

Od czasu do czasu nachodzą mnie wątpliwości, czy wybrałam dla moich dzieci właściwe imiona. Nie macie tak? Pewnie nie. Większość znanych mi osób wybiera imiona dla swoich dzieci, nie mając ich nawet jeszcze w planach. „Chłopiec będzię Mateuszek, a dziewczynka Tosia”. Znacie to? Przyznam szczerze, że jestem w tej materii kosmitką. I antytalenciem, bo zwyczajnie nie potrafię nazywać. Brzmi głupio? 

Kiedyś za gówniarza (no dobra! miałam 20lat) grałam w Neverwinter Nights i zawsze najwięcej czasu trwoniłam, żeby nazwać swoją postać. Sama konieczność nazywania psuła mi trochę frajdę. Zazwyczaj prosiłam wtedy o pomoc, albo nadawałam imię zgapione z jakiegoś serialu. Mój brat Jakub wymyślał za to zarąbiste imiona. Takie w klimacie. (KOREKTA to brat PRZEMYSŁAW wymyślał piękne imiona w klimacie. Brat Jakub natomiast nazywał postaci imionami, których nie mogę zacytować, ze względu na charakter bloga.) No mniejsza. Podobna sytacja miała miejsce, kiedy, jako nastolatki pisałyśmy z koleżanką opowiadania kryminalne w liceum. Jej postacie zawsze miały fantastyczne imiona, ja imiona moich zgapiałam z innych książek. Albo nazywałam je literami alfabetu. No i weź wymyśl jeszcze tytuł dla pisanej powieści… No kaman! Give me a break… Wiecie ile nocy nie przespałam zanim spłodziłam Małe Psotki? Nawet nasz kot do dziś zwany jest kotem, bo na nic sensownego nie wpadłam, kiedy przyniosłam go do domu. No dobra, odkąd starcił nogę (długa historia) przechrzyciliśmy go na Trikot, ale miał 6lat kiedy w końcu dostał imię! 

Nazywanie to dla mnie najgorsza część procesu twórczego, a bez tego wiadomo – nie ruszym. Przez obie ciąże przeszłam żyjąc w stresie, że będę musiała nazwać człowieka! To już grubsza rzecz! Nie jakaś tam zmyślona postać, czy kot! Dziecko. Do tego moje włanse. Trzeba nazwać tak, żeby nie było potem siary. Kiedy nazywaliśmy Lilianę, mieliśmy listę. I czas. Poszło łatwo i dopóki na świecie nie zaroiło się raptem od Lilian, byłam z nas zadowolona. Potem wszyscy zaczęli zgapiać! I trochę niefajnie, że takie magiczne imię tak się bezczelnie spopularyzowało, ale niech Wam już będzie. Za późno na zmianę. Dużo gorzej było przy nazywaniu Alicji. Nie było listy. Nic nam się nie podobało. Pediatra przy badaniu po porodzie stwierdził rozbawiony, że jeszcze nie spotkał się z podobną sytuacją. Dziecko bez imienia i jakichkolwiek widoków na imię. Przez kilka dni wołaliśmy do niej „hej ty”. Albo „hej dziecko”. Całe szczęście Lila była przytomna i to jej Ala zawdzięcza imię. Dostała je zresztą dopiero na wyjściu ze szpitala. I do tego najłatwiejsze dla Lilki do wymówienia. Ot cały sekret.

7 komentarzy

  1. nasza Ina ma imię z książki 🙂 Gdyby nie ,,Poczet Królowych Polskich'' to dziecko nie miałoby imienia, najprawdopodobniej 🙂

    • Aga
      Aga Reply

      no z taką lekturą nie było innej opcji… a ja durna spisy świętych przeglądałam!

  2. Bo dla dziewczyn nie ma imion! Nie robią po prostu! Chłopaków bym mogła nazwać całą drużynę piłkarską, więc z synkiem nie miałam problemu, ale jak się okazało, że druga dziewczyna, to zdygałam. I wybraliśmy "najmniejsze zło", choć popularne jak cholera :/ Wciąż się zastanawiam, czy do niej pasuje. Ale w sumie żadno inne też mi nie przychodzi na myśl…

    • Aga
      Aga Reply

      pocieszyłaś mnie trochę, ale chłopaka to już w ogóle bym nie potrafiła nazwać…

Zostaw komentarz

Navigate