cesarka vs poród „naturalny”. moje doświadczenia

Zaczęłam pisać ten post dwa miesiące temu. I jakoś trudno mi było napisać go tak, żeby nie brzmiał banalnie. KAŻDY poród jest inny. Każda kobieta jest inna. Nasłuchałam się, podobnie jak Wy, dziesiątek porodowych historii, więc jaki jest sens opowiadać własną? Sama nie wiem, ale w sumie dlaczego nie, skoro faktycznie mam porównanie. Inna sprawa, że optuję raczej za cesarskim cięciem, co stawia mnie w niekorzystnym świetle. Bo to taka opcja dla tchórzy. Bo dla dziecka ponoć zdrowiej siłami natury. Z tym, że to nie natura się będzie siłować na porodówce, tylko ty.
„Ale jak to cesarka? Kobiety od tysięcy lat przecież rodzą! Już bez przesady. Każda kobieta musi to przeżyć”. Cóż, zęby też wyrywa się od tysięcy lat i fajnie, że teraz robią to ze znieczuleniem. Że nie wspomnę, że niekoniecznie wszystkie faktycznie to przeżywały. Skoro już sobie wywalczyłyśmy te wszystkie prawa, to niby czemu nie mogę „pójść na łatwiznę”? – bo tak cc widzą jej przeciwnicy – to chyba powinien być mój wybór, niekoniecznie podyktowany przesłankami medycznymi. Mój wybór, do którego powinnam mieć prawo.
Lila urodziła się przez cesarskie cięcie. Tak wyszło. Nie planowałam tego. Cośtam, cośtam kręgosłup. Miła pani ordynator mnie pożałowała, widząc, jak się męczę osiem godzin. Rach, ciach i po sprawie. I do tego w znieczuleniu ogólnym. Bardzo byłam zadowolona z biegu wypadków tego dnia. Niemniej przez te kilka lat macierzyństwa, które dzielą dwa moje porody, dałam sobie wmówić, że coś mnie ominęło za pierwszym razem. Że zostało mi odebrane jakieś magiczne przeżycie. Że nie zdobyłam 100% na tym teście. Bo to nie ja pierwsza zobaczyłam, jak otwiera oczy, bo nie położyli mi jej na piersi, kiedy się urodziła. Dałam też sobie wmówić, że poród naturalny jest lepszy dla mojego ciała. Bardzo zresztą dziwiła mnie opinia, że długo dochodzi się do siebie po cc, ja sama nie potrzebowałam nawet środków przeciwbólowych, po dwóch dniach odstawiłam paracetamol. Bez problemów karmiłam Lilę piersią już następnego dnia. Kolejny mit. Siedziałam sobie wygodnie po turecku na łóżku z dzieckiem w ramionach, podczas gdy moja współlokatorka po porodzie naturalnym, zastanawiała się, jak w ogóle wstać z łóżka.
Długo wahałam się, jak urodzić kolejne dziecko. Byłam zwyczajnie ciekawa, co mnie ominęło. No i czy dam radę urodzić naturalnie. Z drugiej strony miałam w pamięci te osiem godzin czystego cierpienia, zanim mnie pokroili i zwyczajnie się bałam. Z drugiej strony nie chciało mi się kombinować skierowania na cesarkę „na lewo”, a przeciwwskazań do porodu naturalnego nie było. I to jest po prostu oburzające. Że trzeba to skierowanie kombinować! Brak prawa wyboru. No, ale dobra. Oburzeniem skierowania też nie da się załatwić.

 

 

Urodziłam naturalnie. Mój ginekolog, kiedy się spotkaliśmy po fakcie, powiedział: „gdyby była pani moją córką, powiedziałbym: „a nie mówiłem? trzeba zawsze słuchać ojca”. Bo widzicie, mój ginekolog głośno wypowiada swoją opinię na temat naturalnego porodu – „kobieta nie jest stworzona do rodzenia dzieci”. Serio, właśnie tak mi powtarzał, kiedy częstowałam go moimi heroicznymi planami. Zdziwko, co? Mnie dzisiaj, z perspektywy czasu, wcale to nie dziwi. Z całą pewnością ja osobiście stworzona do rodzenia nie jestem. Znam kilka kobiet, które twierdzą, że rodzenie jest super spoko… Że nie bolało. Że jak przy okresie. Że wizyta u dentysty gorsza. Taaaaaa…. Nie wnikam, co brały w trakcie, ale niestety nie zapiszę się do tego klubu. Ale nie powiem, dałam się nabrać. Oczywiście musiałam sama sprawdzić, jak to jest. Postanowiłam zdać się na los i pokornie poddać biegowi wydarzeń. Wbrew oczekiwaniom, żadnego zen, ani innej nirwany niestety nie zaliczyłam.
Wniosek mam jeden. Nikt mi nie powie, że POWINNO SIĘ rodzić bez znieczulenia. Denerwuje mnie, że traktuje się kobiety, jak inkubatory na nogach. Całą ciążę wszyscy na ciebie chuchają, a w najgorszym momencie, „zamknij się i przyj!”. Nawet w momencie tak krytycznym, jak w trakcie porodu, odbiera nam się prawo do krztyny egoizmu, albo prawa wyboru. A przecież to o nasze ciało również chodzi. Czy my żyjemy w średniowieczu? Epidural dla wszystkich! „Niech pani nie dramatyzuje” powiedziała położna. „Rodzić po ludzku”, to ja tylko w telewizji widziałam. I czy naprawdę trzeba 3 razy wypełniać ten sam kwestionariusz, na każdym piętrze odpowiadając między skurczami na durne pytania? Czy zawód mój i mojego męża ma znaczenie, kiedy rodzę? Serio? Kto w ogóle układa tą ankietę? Może jeszcze PIT przynieść oprócz wyników badań?
Nie wdając się w szczegóły, moje ciało lepiej poradziło sobie z dziurą w brzuchu, niż z tym, co mi natura zaserwowała za drugim razem. Poród to był bowiem dopiero początek przyjemności. Przyrównać zniszczenia do leja po bombie, to niedopowiedzenie. A za łyżeczkowanie na żywca, bez znieczulenia (bo skoro już urodziła, to jaki sens na te 10minut znieczulać cokolwiek) powinna grozić odsiadka! Mówię serio.
Moja mama chciała mi zasponsorować poród w prywatnej klinice, żeby mi oszczędzić przyjemności naturalnego porodu. Rodziła 3 razy, nie chciała mi nic opowiadać, żeby mnie nie straszyć. Powinnam się była zgodzić, bez zadawania pytań, ale nie chciałam jej naciągać, kochanej. Kiedy powiedziałam jej po wszystkim, że to był koszmar, powiedziała tylko „to trzeba jakoś przeżyć”. Przeżyłam. Durna byłam, ale przeżyłam. Następnym razem ( kiedy tylko przejdzie mi trauma ) będę jednak kombinować tą cesarkę.
Żeby było jasne – jestem szalenie wdzięczna za Alunię, za to, że urodziła się zdrowa i za to, że poród się udał. Chodzi mi jedynie o to, że nikt na tej sali nie zachowywał się po ludzku. Gdyby ktokolwiek choć przez chwilę dał mi trochę wsparcia, gdyby personel podchodził do mnie, jak do człowieka, a nie jak do przeszkody na drodze do wyciągnięcia ze mnie dziecka, pewnie wspominałabym to inaczej. Wśród genialnych pytań na ankiecie zabrakło najważniejszego – „czy chodziła pani na szkołę rodzenia?”. Niestety nie chodziłam. Bardzo im to było nie na rękę. Zero rad, zero prowadzenia. Dobrze, że ktoś mi na koniec powiedział, jak się prze, bo kto wie, jakby się to wszystko skończyło. A odrobina uprzejmości jeszcze nikogo nie zabiła.

2 komentarze

  1. Temat dla mnie dość na czasie (jak i z resztą cały blog, z tego co widzę, a właśnie weszłam i czytam "jedną ręką" ;)). Niecałe dwa tygodnie temu rodziłam drugi raz i lekarz z litości i dobrego serca zaproponował cesarkę po 9 godzinach mojego umierania. Za pierwszym razem też miałam cesarkę, po 8 godzinach, ale wtedy nie bolało aż tak bardzo, dlatego teraz bardzo chciałam spróbować naturalnie. Zwłaszcza, że miałam te same dylematy co Ty i też nie raz usłyszałam "e, ty to nie rodziłaś!". A zatem z naprawdę otwartym umysłem jechałam na drugi poród, ale się nie udało. I przy pełnej świadomości dramatu cesarki (ja nie dochodziłam do siebie tak szybko jak Ty), pomiędzy skurczami marzyłam o cesarce.
    Jest mi przykro, że nie dostałam dzieci na pierś od razu po urodzeniu, ale za to mój mąż ma piękne doświadczenie, że jako pierwszy je trzymał. A teraz, za drugim razem położne pozwoliły mu siedzieć z małą na rękach ponad godzinę!
    Czuję, że z cesarką to jest takie trochę "coś za coś", ale z drugiej strony nic sobie nie wyrzucam. Próbowałam, nie udało się. Dwa razy. Widocznie moje ciało jest z tych, o których mówi Twój ginekolog. Trudno. Poród to tylko kilka godzin, a z dziećmi jest się potem resztę życia, więc nie sądzę, żeby to pierwsze przytulenie miało tak zaważyć na relacji, że kolejnymi setkami nie da się tego nadrobić 🙂

  2. Aga
    Aga Reply

    ja bym powiedziała, że właśnie Ci się udało 🙂 ale serio, to masz rację, te kilka pierwszych minut nie ma znaczenia. tak jak nie ma znaczenia JAK urodziłaś, urodziłaś i tyle. zwłaszcza, że dla mnie to właśnie te skurcze, to największa masakra. potem idzie "z górki" 🙂 może miałam pecha, ale dużo głębiej przeżywałam narodziny Lilki(przez cesarkę właśnie), bo nie byłam tak skupiona na bólu i miałam więcej siły. chyba zależy ile ma się farta. każdy poród to inna historia 🙂

Zostaw komentarz

Navigate