Nie dawajcie mojemu dziecku czekolady, bo rośnie mi tyłek

Lila miała niewiele ponad rok, kiedy znalazła w prawie pustym pudełku czekoladkę Merci. Gorzką czekoladkę. Te zawsze zostają, bo nikt ich nie chce. Durna, myślałam, że po pierwsze nie rozkmini nawet, jak to otworzyć, a po drugie, też jej nie posmakuje. W obu przypadkach, myliłam się. Miałam szczery zamiar nie dawać jej słodyczy do drugiego roku życia. Dzięki Merci! Cóż, miłość do czekolady ma po mnie. Ale staram się nie przesadzać i dozuję jej tę przyjemność. Stwarza to jednak pewną niedogodność. Otwarte opakowanie czekolady jest jak otwarta paczka papierosów, człowiek czuje potrzebę skończenia z nią jak najszybciej, żeby w końcu przestała kusić.
Pani sąsiadka, mocno starsza osoba z mieszkania naprzeciwko gramoli się po schodach. Zobaczyła Lilę. „O Lilusia! Chodź, mam coś dla Cibie.” Szuka w zakupach i po chwili daje Małej tabliczkę czekolady. Dziecię patrzy na mnie pytającym wzrokiem i dopiero wtedy sąsiadka pyta: „ona może czekoladę?”. No może. Co, mam jej zabrać teraz, jak już dostała? Pani sąsiadka nie wie, że ta czekolada zostanie skonsumowana w ciągu najbliższych kilku dni, nie przez Lilę, ale przez nas obie. A głównie przeze mnie. Przecież nie mogę dziecku dawać tyle czekolady!
Mamy znajomych, którzy krzywo patrzą na fakt, iż naszą córę poimy mlekiem modyfikowanym, bo to w ich odczuciu sama chemia. Ale ci sami znajomi, przy okazji jakiegoś tam spotkania, kiedy Lila miała zaledwie półtora roku, dali jej lizaka. Mówię im: „No co wy, Mała jeszcze nie je takich rzeczy”, a oni: „To to będzie jej pierwszy”. No i gdzie pytam, skończył ten lizak? W moich biodrach, ot gdzie! Więc proszę Was wszystkich uprzejmie. Nie dawajcie słodyczy mojemu dziecku, bo dbam o jej zdrowie. Miejcie dla mnie litość.

 

Zostaw komentarz

Navigate