dobrze być w domu

Dzień dobry! Poranki to chyba moja ulubiona pora dnia. A te jesienne narzucają powolne tempo, bo nie spieszy się nam, żeby wyjść. Lila wskakuje do naszego łóżka i z uśmiechem przytula się i wita – „cieeeeś”. A potem mleczko, herbatka dla mamy i trochę zabawy przed śniadaniem. Tata jeszcze śpi, za oknem ludzie gdzieś się spieszą, niebo pod kołderką z chmur, a my układamy puzzle, bawimy się konikami (nawiasem mówiąc koniki głównie się naparzają), albo rysujemy. Cudnie jest.
Kiedy wsiadałam do samolotu do Londynu, ze łzami w oczach zastanawiałam się „na co mi w ogóle te wakacje? ostatni raz gdzieś jadę sama”. Są kobiety, które po paru miesiącach w domu mają ciśnienie na powrót do pracy i ludzi. Ja jestem chyba upośledzona społecznie, bo takiego ciśnienia nie mam. I chociaż od paru miesięcy marzyłam o chwili samotności i możliwości (jednej jedynej) obudzenia się, kiedy to JA zdecyduje się obudzić, to przez cały pobyt tam, myślałam jedynie o małej i o tym, jak się ma beze mnie. I o naszych porankach. I wieczorach też. Oczywiście mała miała się świetnie ze swoim tatą, okazuję się bowiem, że tata równie dobrze, co mama całuje kolanko, jak się dziecko wywróci, a i zasypia się z nim tak samo dobrze. A ja wróciłam do wysprzątanego domu, w którym w dodatku czekał na mnie obiad. No i oczywiście małe, otwarte szeroko rączki, witające mnie od progu.

Zostaw komentarz

Navigate